środa, 20 kwietnia 2016

27. Where heroes and cowards part ways


      - Obiecaj mi, że będziesz uprzejma.
- Postaram się…
- Obiecaj!
- Dobra, dobra. – Ttuce wgryzła się po raz ostatni w soczysty miąższ jabłka, po czym cisnęła ogryzek przez ramię, prosto na podłogę włości przynależących do Pałacu Wszechmogącego. Bulma westchnęła i potarła czoło wierzchem dłoni. Nie wiedziała już czy sprowadzenie Saiyanki do świątyni było aby na pewno trafionym pomysłem.
Szły ramię w ramię, a stukot obcasów Bulmy niósł się po marmurowej pustce niczym zapowiedź rasowego westernu. Kiedy wyłoniły się już zza bryły Pałacu, Ttuce mogła zobaczyć zgromadzonych przed nim wojowników. Na widok Genialnego Żółwia, Chiaotzu i Oolonga, Saiyanka zatrzymała się jak wryta.
- No to już kurwa po nas.
- Obiecałaś! – upomniała ją gniewnie Bulma, celując w nią palcem.
- To ty mi obiecałaś! Pieprzoną armię! – Ttuce machnęła ręką w kierunku zebranych. – Jak Czarny Wojownik ich zobaczy, to śmiechem nas zabije, nie będzie musiał się bardziej starać!
Dende przystanął bezszelestnie na stopniach wiodących do Pałacu i złożył ręce na piersi, obserwując Ttuce nieufnie. Jego czułki drgały, a oczy zwężały się coraz bardziej. Kobiety krzyczały na siebie zażarcie, a w tym samym czasie Nameczanin wychwytywał w powietrzu woń nieprzyjaznej energii. Niektórych osobników nie trzeba było poznać osobiście, aby zrozumieć, że ma się do czynienia ze złem wcielonym. Przekonał się o tym, gdy po raz pierwszy zobaczył Freezera. Drugi raz miał miejsce właśnie teraz.
- Obiecałaś mi armię, która będzie w stanie obronić Ziemię! Oni nawet samych siebie nie obronią! – wrzasnęła Ttuce, stając na palcach, byleby tylko uwodnić Bulmie swoją praktyczną i metaforyczną wyższość.
Nagle coś ją tknęło i jak rażona prądem obejrzała się przez ramię, prosto na Dendego. Nameczanin wytrzymał jej jastrzębie spojrzenie, które analizowało go dokładnie przez kilka sekund, a następnie stężało. Ramiona Saiyanki opadły nieco, a ciało się rozluźniło, zdradzając pozorne opanowanie. Niepisana groźba, która równocześnie wykwitła w szarych oczach dała Dendemu do zrozumienia, że ma się mieć na baczności. Nameczanin uniósł brodę i nadal spoglądał na Saiyankę ze stoickim spokojem. Chciał, żeby wiedziała, że się nie boi.
Ttuce zaczęła żuć język, widząc jak Dende się stawia. Przeklęta rasa i ich honor. Wykrzywiwszy się nieznacznie, Saiyanka otarła brodę o ramię, bagatelizując całe zajście i zwróciła się znowu do Bulmy. Ta zdążyła już wziąć chwilowe milczenie bratowej za dobrą monetę i uznała, że siłą argumentów przekonała Ttuce do swojej racji. Zaraz złapała ją też za ramię, próbując zaciągnąć bliżej pozostałych wojowników.
- Oj tam, oj tam. Ci ludzie niejednokrotnie stawiali czoła podobnym zagrożeniom! – wykrzyknęła, a Ttuce wzdrygnęła się nieznacznie, w ogóle nie zwracając uwagi na słowa kobiety. Ten mały Nameczanin zdawał się wciąż prześwietlać ją na wylot i mieć certyfikat na wgląd we wszystkie jej grzeszki. W jego obecności czuła się teraz bardzo niepewnie. Dende tymczasem przestąpił z nogi na nogę i zrobił mentalną notatkę, by nie spuszczać Saiyanki z oka. Piccolo musiał oberwać w głowę o jeden raz za dużo, jeśli uważał ją za godną zaufania.
Wszyscy byli już na miejscu. Za główną atrakcję wieczoru robił oczywiście Raditz, który po niespodziewanym powrocie za cel życia po życiu postawił sobie zacieśnianie więzi rodzinnych z Gohanem – do czego gorąco zachęcał go Siedemnastka.
- Masz tam ino jaką pannę, dzieciaku? – spytał wujek Raditz ku uciesze Androida, który przez cały czas trwania spotkania wertował biografię Judy Garland.
- Mam żonę – warknął Gohan, krzyżując ramiona na torsie i odwracając wzrok.
- I dziecko w drodze! – oznajmił radośnie Siedemnastka, odrywając wreszcie wzrok od lektury.
- Hm? – Raditz uniósł brwi i postukał się palcem w brodę, po czym zaczął chodzić wokół Gohana, oglądając go od stóp do głów. Ogon Saiyanina kiwał się na boki, wyrażając pełne zainteresowanie. – A nie wygląda. Ciekawe jaki jest sekret jego idealnej sylwetki?
- Moja żona spodziewa się dziecka, nie ja! – wykrzyknął chłopak z niedowierzaniem.
Dende westchnął tylko i pokręcił głową nad ich absolutnymi brakiem powagi, a obok niego jak spod ziemi wyrósł Piccolo. W pełnym rynsztunku, na który składała się peleryna i turban, górował znacznie nad młodszym Nameczaninem, a jego aureola świeciła delikatnym blaskiem. Na ten widok Ttuce rozdziawiła usta i zamknęła je dopiero, gdy Bulma jej o tym przypomniała. Obaj Nameczanie podeszli w końcu do zgromadzonych. Saiyanka wpatrywała się w Piccolo bez słowa, zdumiona ponownym spotkaniem, a ten wciąż bezbłędnie utrzymywał twarzy pokerzysty. Kiedy zatrzymał się już o krok od Ttuce, Raditz objął ją zaborczo ramieniem.
- Cóż za zbieg okoliczności. – Posłał Piccolo wyzywające spojrzenie i napiął mięśnie rąk. – Znów się spotykamy.
- Zaiste. – Nameczanin zwilżył wargi koniuszkiem języka i ze stopniowo coraz bardziej czerwonej twarzy Ttuce przeniósł wzrok na Raditza.
- I chyba jesteśmy zainteresowani tą samą dziewczyną. – Saiyanin uśmiechnął się dziko i przekrzywił głowę, a jego grzywa zaszeleściła złowrogo.
- I obaj jesteśmy tacy martwi – dodał Nameczanin, a gdyby posiadał brwi, to pewnie właśnie by je zmarszczył.
- I żaden z was nie łapie sugestii! – podsumowała Ttuce i stanowczo strzepnęła z siebie ramię Raditza.
- Uciszcie się wszyscy! Mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie. – To powiedziawszy, Bulma bojowym krokiem poprowadziła ich w głąb Pałacu. Trafili do małego pomieszczenia w kształcie okręgu, na środku którego znajdował się prosty blok marmuru, sprawiający wrażenie ołtarza. Mieściło się w nim siedem identycznych wgłębień, na które padało światło sączące się przez niewielkie okienka tuż przy samym sklepieniu kopuły pokoju.
- To na kryształowe kule – powiedział Dende i przesunął szponiastą dłonią po ołtarzu. – Postaramy się je zgromadzić zanim całkiem stracą swoje moce i znikną z tego świata. Wiem, że na razie nie uległy jeszcze całkowitemu zniszczeniu, ale to tylko kwestia czasu.
- Specjalnie dlatego stworzyłam nowy radar. Ma za zadanie wykrywać aurę, którą kule pozostawiają po sobie po ich ostatnim użyciu. – Bulma wyjęła rzeczone urządzenie z plecaka i położyła je na ołtarzu. Było nieco większe od standardowego radaru, ale poza tym zdawało się nie posiadać innych wizualnych różnic. – Dzięki temu, jak po nitce do kłębka, będziemy mogli ustalić miejsce spoczynku kul. Chcę także wykorzystać scouter, który Ttuce podarowała Trunksowi. Większość z was potrafi porozumiewać się za pomocą ki, ale dla mnie jest to niemożliwe. Każdy dostanie jeden i dzięki temu będziemy mogli się rozdzielić.
- Zamierzasz szukać razem z nami? – spytał Gohan z troską, a Bulma posłała mu poirytowane spojrzenie i ku przerażeniu Dendego z całych sił uderzyła pięścią w marmurowy blok.
- Szukać, walczyć, cokolwiek będzie trzeba!
- Jest jeszcze jedna rzecz – odezwał się Piccolo, a wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. – Skończyły się fasolki Senzu. Nie została już ani jedna. Rozmawiałem dzisiaj z Karinem i, tak jak podejrzewaliśmy, rośliny przestają rosnąć. Natura wstrzymuje swój cykl. O ile Nameczanie i Saiyanie się zregenerują, o tyle reszta może mieć z tym problem.
- Ttuce! Mówiłaś, że scoutery to obecnie przenośna baza danych. Czy znajdą się tam jakieś informacje na temat budowy komory leczniczej? – spytała Bulma, a Saiyanka skinęła głową. – Doskonale. Poinstruujesz mnie potem. Będę musiała wyciągnąć z tego urządzenia jak najwięcej się da.
- Powinniśmy też ujawnić się przed resztą świata. Może dzięki temu ściągniemy gniew potworów bezpośrednio na nas, a niewinni ludzie zostaną wreszcie pozostawieni w spokoju – powiedział Gohan i od razu wywołał wśród zgromadzonych pomruk niezadowolenia.
- Czy to aby na pewno dobry pomysł? – pisnął Chiaotzu spoglądając to na niego, to na Tien Shinhana. Trzyoki zaciskał usta w wąską linię i milczał uparcie, podobnie jak Genialny Żółw, który tego dnia trzymał się na uboczu z wyraźnym postanowieniem zachowania powagi.
- Przecież zawsze staraliśmy się pozostać w cieniu. Jeśli ludzie się o nas dowiedzą… Nic dobrego z tego nie wyniknie. – Krillan wbił wzrok w śnieżnobiałą podłogę, czując jak krople potu wykwitają mu na karku.
- Jeśli nasz plan wypali i kryształowe kule nie ulegną zniszczeniu, będziemy mogli poprosić Shenrona, aby wymazał te wspomnienia z pamięci Ziemian. Jeśli natomiast kule przepadną raz na zawsze, spadną na nas dużo większe problemy niż brak anonimowości – odparł spokojnie Gohan.
- Jeśli mamy stać się postaciami medialnymi, musimy się do tego przygotować! – Bulma podparła się pod boki. – Życie celebryty wcale nie jest proste! Jak chcemy się nazywać? To musi być bardzo chwytliwe! Wojownicy Z są zdecydowanie passé.
- Ttuce Force – mruknęła Saiyanka, uśmiechając się krzywo pod nosem.
- Raczej Suicide Squad! – zaśmiał się Siedemnastka, wachlując niedbale książką. Nim ktokolwiek zdążył to skomentować, Gohan drgnął i gwałtownie zwrócił głowę do wyjścia z Pałacu, niczym zaalarmowany obecnością drapieżnika pies gończy. Kolejno wszyscy z wojowników zdradzali pełną czujność, pozostawiając Bulmę i jej domysły daleko w tyle.
- Co się stało? – szepnęła, kiedy Gohan i Ttuce jak jeden mąż rzucili się do wyjścia.
- Zostań tu! – krzyknął tylko Yamcha, kiedy już się rozpędził i po chwili odleciał w ślad za Saiyanami.
Dziwne i, jak się zdawało, niczym nieuwarunkowane zawirowanie w energii poderwało wszystkich do działania. Gohan i Ttuce lecieli łeb w łeb, przecinając niebo niczym dwie ścierające się komety. Rzucając sobie ukradkowe spojrzenia, ścigali się, a zacięta mina Saiyanki sugerowała, że ta prędzej pożegna się z życiem, niż da za wygraną. Otaczała się coraz gorętszymi płomieniami ki, która gnała ją naprzód niczym potężny podmuch wiatru.
Nagły wybuch mocy, który prowadził ich do tej pory, teraz nagle zaczął słabnąć, lecąc łeb na szyję w dół i niemalże zanikając kompletnie – zwiastując śmierć setek, jeśli nie tysięcy w jakimś opętańczym szale, który wydawał się nie mieć swego źródła. Gohan otwierał coraz szerzej oczy, nie chcąc już rywalizacji z Ttuce, a rozglądając się na boki, szukając… Sam nie wiedział dokładnie czego. Ale tego specjalnego czegoś, co pchało go do działania i zwiastowało najgorsze. Ostry podmuch zimnego powietrza smagał twarz chłopaka, a on miał wrażenie, że ścigają go wszystkie ogary piekieł.
- Tam, na dole! – rozległ się głos Tien Shinhana nad jego głową.
Z lotu ptaka Gohan rozpoznał tylko, że przelatują nad jakąś niedużą miejscowością. Z tej wysokości nie wyglądała ona podejrzanie – poza jednym szczegółem. Zdawała się stać na złożach czerwonej gliny. Takie podłoże odcinało się zdecydowanie od otaczających je piaskowych pól, a posiłkując się wiedzą z geografii, chłopak nie miał najmniejszych wątpliwości, że obecność takowych złóż na tym terenie zwyczajnie nie wchodzi w grę. Z upływem każdej kolejnej sekundy aż do momentu lądowania czuł, że serce podchodzi mu do gardła.
Wojownicy opuścili się z wahaniem, a kiedy ich stopy weszły już w kontakt z podłożem, zaraz zapadły się na kilka centymetrów w przesiąkniętym rudą posoką piachu. Ttuce przyklękła na jedno kolano i zgarnęła garść tej dziwacznej mazi, która składała się na klepisko. Uniosła ją do twarzy i powąchała, jednocześnie uważnie lustrując otoczenie. Gdziekolwiek sięgnęła wzrokiem, widziała jedynie bryły pastelowych domków i sklepów. Słodkawo-mdławy zapach krwi wtargnął w końcu w jej nozdrza i Saiyanka skrzywiła się nieznacznie. Piasek był wciąż ciepły i tak bardzo, bardzo klejący… Upuściła go z powrotem i podniosła się na nogi, wycierając pozostałości ziemi w nogawki kombinezonu.
- Już po wszystkim – zawyrokowała.
- Idziemy. Nie rozdzielajcie się – powiedział Gohan martwym głosem i poprowadził ich w głąb miasta, które z początku, poza krwistym miąższem pokrywającym jego ulice i chodniki, wciąż sprawiało wrażenie spokojnego, ale też całkowicie opuszczonego. Na tym etapie wwiercająca się w uszy cisza i okazyjne śpiewy ptaków, gdzieś hen wysoko na niebie, wszystkim wydały się być wyjątkowo złowrogie.
Wizerunek miejscowości zmienił się diametralnie, gdy wreszcie dotarli do jej serca. Tam, na tle małej stacji benzynowej, ich oczom ukazała się piramida ułożona z ludzkich ciał. Jedno ściśnięte było na drugim, a każde z nich okaleczone na inny wymyślny sposób, choć na wszystkich nieruchomych twarzach malował się dokładnie ten sam wyraz bólu i… zobojętnienia. Gohan odetchnął głęboko, czując jak wraz z odorem krwi do jego płuc wdzierają się płomienie, liżąc go od środka i wbijając szpilki przerażenia w kark.
Wojownicy znieruchomieli w cieniu upiornego monumentu, który stał w kałuży krwi i płynu rdzeniowo-mózgowego. Ziemia w promieniu kilkunastu metrów usłana była strzępkami mięśni, zgniecionymi gałkami ocznymi, kałem, wymiocinami i wszystkim tym, co nagła i brutalna śmierć mogła wyrwać ze zwykłego człowieka. Z dołu piramida zdawała się muskać nieboskłon, a wyciągnięte w niemym błaganiu ramiona zabitych, teraz białe i połamane, sprawiały wrażenie konarów drzewa, których nie poruszy już najsilniejszy nawet wiatr.
Ttuce przesuwała beznamiętnie wzrokiem po kobietach, mężczyznach i dzieciach, ułożonych według jakiegoś piekielnego schematu. Gohan natomiast czuł rwanie w sercu w obliczu rozczłonkowanych ciał starców i pozbawionych głów noworodków, przemieszanych ze sobą chyba przez samego diabła, którego ręka musiała wyrzeźbić to okropieństwo.
- No i co się tutaj nawyrabiało? – Siedemnastka, wsadziwszy biografię pod pachę, oparł dłonie na biodrach i szturchnął jeden z korpusów służących za bazę piramidy czubkiem buta.
- Demonstracja tego, czemu rzucamy wyzwanie – odparł głucho Gohan. – Czarny Wojownik chce, żebyśmy mieli tego świadomość.
W uszach mu szumiało, zupełnie jakby ktoś przytknął do nich dwie muszle i zmusił go do ciągłego odsłuchiwania ich pieśni. W jego oczach świat przybierał już jedynie barwy czerwieni i jadowitej żółci. Zapachy płynów ustrojowych nasilały się z każdą chwilą, przesiąkając ubrania i zmysły. Gohan odwrócił się przodem do pozostałych wojowników i powiódł wzrokiem po ich twarzach. Ttuce jak zwykle była ponura, choć w jej oczach malowała się kpiąca obojętność. Siedemnastka wyglądał jakby w każdej chwili mógł wybuchnąć śmiechem. Za to Tien, Yamcha, Krillan, Piccolo i Raditz zachowywali powagę w cieniu grozy, która nie mogła nie zrobić na nich wrażenia. Ich przyszłość nie chowała już żadnej tajemnicy. Jeśli ktoś do tej pory łudził się, że ze starcia z tym przeciwnikiem uda mu się ujść z życiem, teraz nie miał już prawa sobie na to pozwolić.
- Więc… Za co umrzemy? – rzucił Yamcha w eter, spoglądając jak zahipnotyzowany na rączkę niemowlęcia tuż przed sobą, której postrzępiona skóra sprawiała wrażenie, jakby ktoś odciął ją od reszty ciała tępymi nożyczkami.
- Za ten świat. Jeśli będzie trzeba. – Gohan zacisnął pięści i uniósł głowę, stojąc wciąż w cieniu monumentu ku chwale Boga Śmierci. – Teraz chyba nikt nie ma już wątpliwości, że musimy skupić uwagę Czarnego Wojownika na sobie. Dopóki my nie wyciśniemy z siebie ostatniej kropli krwi, nie umrze już ani jeden mieszkaniec tej planety.
- Nie obiecuj sobie rzeczy, których nie możesz dotrzymać – syknęła Ttuce, obnażając zęby. Jej nos był znów zmarszczony jak u dzikiego zwierzęcia, a oczy błyszczały ostrzegawczo. – To nie tylko głupie, ale i zgubne. Nie zamierzam ryzykować więcej niż to konieczne, bo ty na nowo odkryłeś w sobie herosa.
- Jesteś z nami, czy przeciwko nam? – spytał Gohan, nawet nie spoglądając w jej kierunku.
- Jeśli mam być z wami, to gramy na moich zasadach, szczeniaku.
- Jeśli tak bardzo chcesz dowodzić… – Gohan odwrócił się i zrobił kilka powolnych kroków w jej stronę. Przy każdym z nich podeszwy jego butów wydawały mokry odgłos, odlepiając się i na powrót przyklejając do zakrwawionego podłoża. – To jaki masz plan na zwrócenie na nas uwagi? Jak przekonasz ludzi, że mogą przyjść do nas po pomoc i ochronę? Jak do nich dotrzesz, żeby nie wzięli nas za kolejny wybryk natury i posłańców śmierci? – Ttuce zawahała się, a Gohan uśmiechnął smutno. – Ja wiem dokładnie co zrobimy. – Spojrzał po pozostałych. – Jeśli ktoś chce odejść i ratować życie... Teraz jest ku temu ostatni moment.

>*<

Ta wkurzająca kobieta. Krzykliwa, arogancka i nadpobudliwa. Pamiętał jej idiotyczny kostium w kolorze nowonarodzonego pisklaka i te kretyńskie włosy, niczym ziemskie niebo na kilka chwil przed zachodem słońca, gdy turkus mieszał się z błękitem i zapominał o istnieniu ciemniejszych barw. 
Pamiętał jak się go bała i z jaką szybkością biło jej serce przy ich pierwszym niefortunnym spotkaniu. Pamiętał jak kibicowała Zarbonowi, zanim ujrzała jego prawdziwą twarz, i wyczuwał należące do niej tętno, przerażenie zmieszane z podziwem, gdy rozrywał go na strzępy. Kto wie, może gdyby miał wtedy odrobinę więcej czasu, to ją też by rozczłonkował i rzucił na pożarcie nameczańskim rybom. A może wepchnąłby jej głowę pod powierzchnię wody i poczekał, aż do twarzy dobiorą się kraby i pijawki.
 To paskudne, upierdliwe babsko, które prześladowało go w snach i którego głos rozbrzmiewał mu w uszach niczym alarm najwyższego szczebla za każdym razem, gdy czyjaś krew na nowo brudziła mu dłonie. Ta dziwna istota, która pachniała domem i bezpieczeństwem, jakich nie znalazł nigdzie indziej w kosmosie.
Jak coś tak słabego i żałosnego mogło sprawić, że czuł się bezpiecznie?
Pamiętał tak wiele, a zarazem nic. Jakkolwiek by się nie wysilił i jak wielu nocy by temu nie poświęcił, nie potrafił odtworzyć w myślach twarzy kobiety. Nie widział wyrazu jej oczu, gdy na niego spoglądała i nie rozpoznawał kształtu ust, gdy te zbliżały się do jego. Zapach był znajomy, ulotny i delikatny, ciepło ciała w zasięgu dłoni, ale oblicze przepadło w czeluści zapomnienia wraz z należącym do niego imieniem.
- Książę, dlaczego nic nie jesz? To nie pora na medytację. Musisz zgromadzić energię na trening. – Whis podsunął Vegecie miseczkę ryżu, a ten spojrzał na nią beznamiętnie, wyrwany z plątaniny własnych myśli.
- Nie jestem głodny.
- Na twoim miejscu też bym nie był – powiedział chłodno Goku, a Vegeta uniósł wzrok. Młodszy Saiyanin wciąż wyglądał na zaniepokojonego i zniesmaczonego tym, w jakim stanie książę przybył na planetę Beerusa.
- Naprawdę zamierzasz robić mi wyrzuty? – Vegeta uśmiechnął się drwiąco. – Zapomniałeś już o tym małym piekiełku, które rozpętałeś na Ziemi?
- To nie byłem ja! – Goku aż się zapowietrzył i poderwał na równe nogi, pochylając do księcia przez blat stołu. – Vegeta, zlituj się! Przecież chyba nie sądzisz, że mógłbym wymordować własnych przyjaciół!
Vegeta odchylił się, unikając zbyt bliskiego kontaktu z drugim Saiyaninem.
- Siadaj na dupie. Nie chcę oberwać resztkami jedzenia. – Skrzyżował ręce na torsie i zaczął się bujać na tylnych nogach krzesła. Na szczycie stołu Whis jakby nigdy nic sączył herbatkę z różowej filiżanki, elegancko odginając mały paluszek. – Może twój mózg nie, ale ciało doskonale wiedziało co robi.
- Zostałem opętany! Wszystko co tam zrobiłem i powiedziałem normalnie nigdy nie przeszłoby mi nawet przez myśl!
- Naprawdę? – Jego drwiący uśmiech tylko się poszerzył. – Ponoć nasza podświadomość skrywa sekrety, o jakich z reguły nie mamy najmniejszego pojęcia. Może po prostu Czarny Wojownik pomógł ci je dostrzec?
Goku opadł na swoje krzesło niczym szmaciana lalka.
- Jak możesz tak mówić? – jęknął i złapał się za głowę. – Co się z tobą stało? Co powie Bulma, kiedy się dowie, że znowu mordujesz niewinnych?!
- Kto? – Vegeta zmarszczył nos ze zniecierpliwieniem, a Whis przerwał przełykanie herbatki i spojrzał na niego kontrolnie.
- Nie pamiętasz swojej żony? – spytał dla pewności, a Goku znowu poderwał się z miejsca.
- Jasne! Ciebie też opętał! Nie jesteś sobą!
- O czym ty w ogóle pieprzysz?! – warknął Vegeta i zacisnął pięści pod stołem. Ta sytuacja zaczynała go przytłaczać i był bliski wybuchu, który, jak miał nadzieję, osmali temu idiocie facjatę.
- Czarny Wojownik ma cię w swojej władzy! – Goku próbował go usilnie podejść, ale Vegeta zaraz zaczynał się od niego opędzać jak od natrętnej muchy.
- KTO ŚMIE ZAKŁÓCAĆ MÓJ SEN? – zagrzmiał Lord Beerus, wchodząc do pomieszczenia w koszuli nocnej w paski i w asyście fioletowej aury zniszczenia.
Goku momentalnie skulił się za stołem i zaśmiał nerwowo, a Vegeta zgrzytnął zębami. Jeszcze tylko tego wyliniałego kocura tutaj brakowało. Beerus powiódł wzrokiem po zgromadzonych, a wielce zatroskana mina Whisa od razu zwróciła jego uwagę. Ten osobnik rzadko bywał zmartwiony. Bóg Zniszczenia oblizał się niepewnie i odchrząknął. Wyprostował się, równocześnie podpierając pod boki i zaczął rytmicznie uderzać stopą w kapciu o podłogę.
- Czekam na wyjaśnienia.
- Najwyraźniej Czarny Wojownik znowu daje o sobie znać, mój panie. – Whis uśmiechnął się do swojego podopiecznego.
- Hm? Czarny Wojownik? To już kiedyś o nim słyszeliśmy? Nie przypominam sobie. – Beerus podszedł do stołu i zajął wolne miejsce naprzeciwko Whisa. Goku i Vegeta siedzieli nieruchomo, praktycznie zapominając o oddychaniu. Jeden mógł być przygłupi, a drugi obdarzony skłonnościami samobójczymi, ale żaden z nich nie chciał teraz drażnić niewyspanego i do tego głodnego kota. Jego niewyczuwalna ki podnosiła im ciśnienie.
- Tak, panie. – Whis dolał herbaty do filiżanki, a Beerus przyciągnął do siebie półmisek z rybami. – Ostatnio na Namek. A po raz pierwszy ponad siedemnaście lat temu. Przekazałem ci informacje o nim, gdy jeszcze spałeś.
- Hmm… Rozjaśnij temat, jeśliś łaskaw. Skoro i tak już mnie obudziliście, to teraz mamy czas.
- W Czwartym Wszechświecie, na planecie Urtle doszło do pewnych… rozruchów. Jeden z tamtejszych mieszkańców postanowił przywłaszczyć sobie moc Boga Śmierci.
- Ach! – Beerus wytrzeszczył oczy, przerywając konsumpcję ryb, i przez jedną błogą chwilę Vegeta miał nadzieję, że kocur zakrztusił się ością. Ten jednak zaraz zaczął wymachiwać pałeczkami i kiwać intensywnie głową. – Przypominam sobie! Głupek, nie mógł pogodzić się z faktem, że żadnego Boga Śmierci nie ma! Jak było na imię temu odszczepieńcowi?
- Saku, panie.
- No właśnie, Saku! Zalatuje idiotą na kilometr.
- Chwileczkę. – Vegeta zacisnął dłonie na blacie stołu. – Jak to żadnego Boga Śmierci nie ma?
- W takim razie z kim walczyliśmy? – Goku podrapał się po głowie.
- Poprawka. Kiedyś takowego nie było. – Whis uśmiechnął się tak, jak na ostoję życzliwości przystało. – Saku i jego pobratymcy uznali, że trzeba to zmienić.
- Wcześniej śmierć funkcjonowała jako czysto biologiczny koncept! – Beerus założył nogę na nogę i przewiesił łysy ogon przez poręcz fotela. – Ale ci głupcy uznali, że Bóg Zniszczenia im nie wystarcza! Postanowili stworzyć ucieleśnienie tego, co najgorsze i nieuniknione.
- I udało im się? – Goku zamrugał.
- Nah… Powiedzmy. – Beerus wzruszył lekceważąco ramionami i kontynuował pretensjonalnym tonem: – Istnieją sposoby na zyskanie boskich mocy. Sami wiecie o tym najlepiej. Są one poniekąd kradzione, ale dla takich desperatów jak wy, to zawsze coś. Twoja siostra chociażby posunęła się do praktyk bardzo podobnych do tych, których użył Saku, by się wzmocnić. – Łypnął jednym okiem na Vegetę.
- Hmpf. – Książę skrzyżował ramiona na torsie. – To znaczy?
- Zabiła swoich dawców. Wyssała ich energię bojową wraz z życiową – wyjaśnił Whis i wrzucił do herbaty plasterek cytryny. – Saku kazał składać sobie ofiary z ludzi. On i jego wyznawcy zniewolili i wymordowali niejeden gatunek, by dać mu moce godne bogów. Ttuce pewnie wam tego nie powiedziała, ale Czwarty Wszechświat jest praktycznie wymarłym miejscem.
- Nie, nie podzieliła się z nami wspomnieniami z podróży – syknął Vegeta. – Za to przywiozła pamiątkę.
- O tak, tak, Ttuce dość mocno namieszała w planach Saku. – Whis roześmiał się i dorzucił do herbaty trochę cukru, po czym zamieszał, nie przerywając swojego wywodu na temat ludobójstwa i istot z innego wszechświata: – To przez nią nie osiągnął etapu ostatecznej przemiany. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale Freezer w swym szaleństwie nieświadomie zrobił jeden dobry uczynek.
- Wysłał Ttuce, by walczyła z Czarnym Wojownikiem? – spytał Goku, a Beerus parsknął drwiąco.
- Skądże znowu. Wysłał ją na podbój Czwartego Wszechświata. – Odepchnął od siebie półmisek pełen przeżutych ości i przeciągnął się, rozkładając wygodniej w fotelu. – Ttuce sama wplątała się w tę historię.
- Jeśli teraz będziecie próbowali mi wmówić, że moja siostra jest cholerną bohaterką, to was wszystkich przetrącę – wycedził Vegeta, a krawędź stołu zatrzeszczała pod naciskiem jego dłoni. Beerus spojrzał na niego z politowaniem.
- Umieram ze strachu.
- Więc jak to jest z tym Czarnym Wojownikiem? Jest Bogiem Śmierci, czy nie? – Głowa Goku odwracała się kolejno do wszystkich rozmówców z takim impetem, że Vegetę aż zemdliło. Beerus i Whis spojrzeli na siebie w milczeniu, które w końcu ten drugi przerwał:
- Jest blisko. Bliżej niż którykolwiek z was może być – odparł. – Przemiana nie jest jednak kompletna i ciągle brakuje mu jednego elementu. Mimo to jest bardzo, bardzo potężny. I równie groźny. Z mocami jakie już posiadł i z bezwzględnością, jaka nim kieruje, ma prawo nazywać się bogiem.
- Chcę wiedzieć co Ttuce mu zrobiła. – Vegeta walnął pięścią w blat stołu. Wbił w Whisa twarde spojrzenie. – Pokaż mi.
- Myślałem, że przybyłeś tu po trening, nie po prawdę. Czyżbyś zmienił zdanie? – Whis uniósł podbródek, uśmiechając się z zadowoleniem.
- Wezmę stąd cokolwiek będę chciał. I w jakiej kolejności będę chciał. A teraz chcę wiedzieć wszystko o przeszłości Ttuce.
Whis roześmiał się ponownie i ujął w dłonie swoje berło. Obrócił je w palcach, przyglądając mu się z czułością.
- Ttuce… Fascynująca z niej istotka, czyż nie? Rzucili ją na pożarcie wilkom, a ona i tak dała radę wrócić na czele ich stada… – Uniósł berło w pionie i uderzył jego końcówką trzy razy o podłogę.

>*<

- Jak to wszystko się skończy, to pójdziesz ze mną na randkę, dobra?
- Spieprzaj. I skąd wytrzasnąłeś to słowo? Nie, zresztą, nie odpowiadaj. Mina Androida mówi więcej niż tysiąc słów.
- On chce tylko pomóc. – Raditz wyszczerzył zęby w iście hollywoodzkim uśmiechu, a stojący kilka metrów dalej Siedemnastka pokazał mu uniesiony kciuk. Ttuce przewróciła oczami i zignorowała to przedstawienie. – Heeej, złośnico. Kochaj mnie? – Saiyanin połaskotał ją końcówką ogona w nos aż kichnęła i odsunęła się od niego.
- Przestań robić z siebie bałwana! – Potarła nozdrza wierzchem dłoni i spojrzała na niego krzywo. – Nie pójdę z tobą na żadną pieprzoną randkę.
- Załóżmy się! Jeśli Ziemianie uwierzą tej szopce, to się ze mną umówisz. Jeśli nie… Już nigdy więcej tego nie zaproponuję. Odczepię się od ciebie raz na zawsze. – Przyłożył dłoń do zbroi w miejscu, gdzie kryło się jego serce. – Słowo honoru.
- Ty nie masz honoru, Raditz – warknęła Ttuce.
- No to harcerza!
- Co to w ogóle jest?!
- Nieważne, abstrakcyjny koncept. – Oparł się ramieniem o ścianę nad jej głową i skrzyżował przed sobą nogi. Ttuce spojrzała na niego z dołu ze zniecierpliwieniem.
- Zrobiłbyś coś z tymi kudłami, bo wyglądasz jak wściekły jeż.
- Rozważę to. – Jego białe zęby błysnęły w kolejnym powalającym uśmiechu. – Ale najpierw się załóżmy. No dalej. Chyba, że się boisz? – Słowo boisz przyniosło oczywisty skutek i po chwili Ttuce dyszała mu już wściekle w twarz, trzymając go za gardło.
- Odszczekaj to! Ja się niczego nie boję!
- Doskonale! – Raditz wyszarpnął się z jej uścisku zanim pogruchotała mu kręgi i aż przyklasnął. – No to zakład stoi. Jeśli przegrasz, idziesz ze mną na kolację.
Ttuce puściła pod nosem wiązankę soczystych przekleństw i opadła z rezygnacją z powrotem na ziemię. Grube podeszwy jej butów uderzyły o nią ciężko. Nowy kombinezon bojowy autorstwa Bulmy był doprawdy widowiskowy. Sam kostium składał się z kilku warstw wytrzymałego materiału o czarnej niczym skrzydła kruka barwie, wyposażonego w różne przegródki i tajne kieszenie. Pancerz zbroi sprawiał wrażenie szczerozłotego i mienił się przy najmniejszym nawet kontakcie ze światłem. Z jednej strony było to doskonałe zagranie taktyczne, mogące oślepić każdego przeciwnika, a drugiej – cóż – targowisko próżności. Bulma uwielbiała iście królewskie błyskotki.
Zbroja miała kształt płomieni, które rozciągały się po klatce piersiowej, brzuchu i plecach Saiyanki, chroniąc wszystkie czułe punkty. Rękawice kostiumu pozbawione były palców na specjalne życzenie Ttuce bo, jak powiedziała, uwielbiała czuć cudzą krew na skórze w momencie, gdy zabijała kogoś za pomocą staromodnych, ręcznych metod. Bulma nie oprotestowała tego punktu widzenia.
Ttuce, Raditz, Siedemnastka i pozostali wojownicy znajdowali się w poczekalni, którą stanowiło pomieszczenie o wysokich ceglastych ścianach i całkiem przeszklonej kopule. Podłoga przy ogromnych drzwiach pokryta była czerwonym dywanem, od którego na razie kazano im się trzymać z daleka. Zgromadzeni oczekiwali teraz w milczeniu rozpoczęcia spektaklu, na który namówił ich Gohan. Chłopak uśmiechał się pod nosem, wsłuchując w gwar na zewnątrz. Chór głosów skandujący jedno imię nasilał się z każdą chwilą i w końcu wszyscy, bez znaczenia czy Saiyanie, czy Ziemianie, byli w stanie zrozumieć o kogo chodzi.
- Satan! Satan! Satan! – Skandował dalej tłum, gdy wrota stanęły wreszcie otworem i do środka wdarło się światło słoneczne, szalona muzyka i dźwięki trąbek. Chwilowo błękitne niebo rozświetliły dodatkowo wybuchy fajerwerków i chmara różnokolorowego konfetti.
- Panie i panowie! Najdrożsi i umiłowani! Oto i oni! – Satan przytknął do ust mikrofon, a wolną ręką z rozmachem wskazał na wyłaniających się z poczekalni wojowników. Tłum aż zarżał z ekscytacji, witając na scenie kolejnych śmiałków, a mężczyzna roześmiał się tubalnie i kontynuował przemówienie z właściwą sobie teatralnością. Jego afro drżało z ekscytacji. – Śmietanka tego wszechświata i zarazem oddani mi uczniowie! Największa elita, zwarta i gotowa, by pod moją wodzą ocalić Ziemię przed złem, które próbuje ją zniewolić! Jedyni w swoim rodzaju! SATAN FORCE!
- Uwierzyli. – Wargi Raditza musnęły ucho Ttuce.


Z punktualnością jestem niestety mocno na bakier, za co z góry serdecznie przepraszam. ;)
Blog ma roczek i kilka dni!

20 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Nic więcej nie trzeba pisać ;)

      Usuń
    2. Haha, eeej! xD Na pewno dałoby się coś dodać.

      Usuń
  2. Dlaczego ty nie piszesz książek???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile Anonimów!
      Skłamałabym mówiąc, że nad niczym takim nie pracuję. ;) Bo pracuję. Tylko że w tygodniu mam normalną pracę, w weekendy uczelnię, tłumaczenia, do tego bloga, życie rodzinne i towarzyskie iii siłą rzeczy czasu mi brakuje. :D Ale jestem wytrwała i dość dobrze zorganizowana w tym wszystkim (a przynajmniej taką mam nadzieję), tak więc powoli posuwam się z moim małym projektem do przodu. Jak już zakończę historię Ttuce, to może nawet skuszę się na to, żeby wrzucić kilka rozdziałów do internetu. Może ktoś z tutejszych czytelników się zainteresuje i da mi jakieś wskazówki odnośnie treści. :)
      Dziękuję za odwiedziny!

      Usuń
  3. Ja na szczęście nie muszę być anonimem. Opowiadanie jest świetnie, na pewno jakiś ciekawy pomysł mi dałaś, ale ty także musisz czekać na kolejny rozdział, gdyż trochę mi zajmie pisanie jego, chcę zrobić z niego długi kawał xD.
    Ogólnie Raditz i Piccolo w trójkącie z Ttuce?? Jakoś mi się to nie widzi. Ale ciekawostka o planecie Urtle i Saku, który jest Bogiem Śmierci, bardzo pomocne! Wyczekuję jakiś odpowiedzi z twojej strony(skype,facebook), żeby trochę pogadać :)
    Pozdrawiam i do Usłyszenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, trójkąta w dosłownym tego słowa znaczeniu na pewno nie będzie. Jak wiadomo nie znoszę pisać romansów i tego typu wątki poruszam tylko na tyle, na ile muszę by fabuła się prężnie rozwijała. xD Postaram się odezwać po weekendzie. :)

      Usuń
    2. Odgapiara >D Także, staram się urzywać romansu ile trzeba. Matko a i tak jest ciężko :D

      Usuń
    3. Haha! No niestety nie jest łatwo. Całe szczęście, że DBZ jest na tyle sprytnie skonstruowane, że świetnie sobie radzi i bez romantycznych wątków, a my to możemy wykorzystać xD. Nadal mnie boli ta tendencja w DBS do rozpływania się nad rodzinnymi kwestiami (nie żeby u mnie ich nie było, no ale). Wiem, że chcą się podlizać młodszym pokoleniom i że w Japonii puszczają to do śniadania, ale c'mon, toż to animowany "Klan". Jak tak dalej pójdzie, to znienawidzę Bulmę. :D Dajcie mi krew!

      Usuń
  4. Witam Cię serdecznie i odsyłam do odcinka 26. Gdzie napisałam Ci swoją opinię na temat zaległości. Czyli wróciłam i czytam ;)
    Pozdrawiam Cię gorąco! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję bardzo za życzenia (prawie jak podczas świąt :D ), powoli wszystko się spełnia. Jeszcze nie do końca wyzdrowiałam, ale do pracy iść trzeba. Przy okazji, bardzo ładny szablon - przejrzysty i pasujący do Saiyan. Wena ostatnio była dla mnie łaskawa, dlatego życzę Ci tego samego - niech pisanie wciąż pozostaje pasją i pozwoli na oderwanie od rzeczywistości. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widać, że się napracowałaś ;). Ja kilka razy zmieniałam szablon, zazwyczaj w zależności od etapu, na którym byli Vegeta i Bulma.
    U mnie egzaminy dopiero w czerwcu, chociaż zapewne rozsądek nie zatriumfuje i jeśli nadejdzie Wena, to pisanie będzie ważniejsze.
    Miłego seansu, życzę odpoczynku i jak najwięcej czasu do tworzenia nowych rozdziałów! :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    Sylwek

    OdpowiedzUsuń
  7. W końcu zapraszam na nowy odcinek!

    OdpowiedzUsuń
  8. Blog został dodany do Katalogu Euforia.
    Pozdrawiam, Białko :>

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana Nocebo!
    Masz rację, Vid przestraszyła się dziewczyny, w końcu ta widziała jak jej ojciec walkowerem wygrywa, a nawet zdążyła zobaczyć część walki dwóch kobiet. Zniszczenia z resztą mówią same za siebie. (taki mały dodatek ode mnie) :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Droga Nocebo!

    Zacznę od końca... SATAN FORCE! xD Rozdupcyłaś mnie na łopaty, a raczej sam Herkules! Dobre, dobre, nie ma co. Nic lepszego nie mogli wymyślić, by świat zaakceptował naszych wojowników. Tylko Satan ma bezkresne poparcie w tym szalonym świecie.
    Historia nabiera tempa, cały rozdział jest napisany bardzo dynamicznie i nie ma kto się prawa przy nim nudzić. Bardzo mi się podobało i czekam z niecierpliwością na przegrany zakład Ttuce! Chciałoby się napisać więcej, ale czas mnie goni i za chwilę wychodzę do pracy.
    PS. Cóż takiego Wish pokaże Vegecia na temat jego nieukochanej siostrzyczki? Czekam z niecierpliwością!
    Pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  11. Kiedy można spodziewać się następnego rozdziału? Bo na przerwach miedzy pracą nie mam co czytać :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! :D W przyszłym tygodniu. Właśnie kończę sesję, w sobotę mam ostatni egzamin i mogę szaleć. Pozdrowienia!

      Usuń
  12. Droga Nocebo! ��
    Przepraszam, że wcześniej nie dawałam żadnych znaków życia, ale najzwyczajniej nie miałam na to czasu. :/ Obecnie moje życie jest tak poplątane, że naprawdę ciężko złapać chwilę wytchnienia, a nawet jak kiedyś się uda, to depresja nie pozwala mi odpocząć od problemów i zapominam o pisaniu i komentowaniu.
    Skoro już znalazłam trochę czasu, to muszę ci stokrotnie podziękować za twój komentarz, który zostawiłaś pod moim ostatnim postem. ;D Dał mi naprawdę dużo do myślenia i uznałam, że faktycznie nie warto (przynajmniej na razie) usuwać bloga. Wiadomo, początki w pisaniu bywają trudne... Ale teraz przynajmniej jest z czego się pośmiać z koleżankami. xD Postanowiłam, że nadal będę kontynuować tę historię, bo teraz myślę, że jednak warto. Jeszcze raz dziękuję za tamten komentarz bo dał mi naprawdę sporo chęci do pisania! ��❤
    A teraz przejdę do najnowszego rozdziału Ttuce! �� No cóż tu się rozpisywać - PO PROSTU MEGA! Opis skąpanego we krwi miasteczka zmiażdżył mnie totalnie. �� Naprawdę ogromny szacun!
    Czekam z ogrooomną niecierpliwością na kolejny rozdział i romantyczną kolacyjkę Ttuce i Radzia! �� To z będzie z pewnością epickie ����
    Pozdrawiam! ������

    OdpowiedzUsuń