niedziela, 9 sierpnia 2015

17. Everybody wants to rule the world


Błyskawice chłostały bezkresny horyzont pustyni, a chmury zwisały nad głową Yamchy, w swych fałdach zazdrośnie kryjąc strumienie deszczu. Opite do granic możliwości i czarne niczym umoczone w smole, kłębiły się i przesuwały po nieboskłonie, popychane przez wiatr. Stopy mężczyzny zapadały się coraz bardziej w piasku, a ten wsypywał się do jego butów i wciskał pod nogawki spodni, jak w ucieczce przed żywiołem, który niedługo miał zerwać się ze smyczy.
Yamcha zatrzymał się gdzieś pośrodku pustkowia, w otoczeniu skalistych formacji i bezimiennych wzniesień, i w milczeniu obserwował jak spomiędzy piorunów wyłania się Raijū.* Błękiny wilk, odziany w błyskawice, zaryczał dźwiękiem grzmotu, gdy kolejny promień niczym strzała ugodził w ziemię. Wielkie ślepia zapłonęły wśród żywiołu, a bestia rozdziawiła paszczę i zaprezentowała kły temu, który odważył się stanąć na jej drodze.
Yamcha widział osławione szpony, wedle opowieści mające powalać drzewa i rujnować domostwa podczas burzowych nocy. Legendarny Raijū kroczył wśród kłębów chmur, rosnąc z każdą chwilą i rozpychając je w coraz dalsze rejony nieba. Spękana ziemia ciemniała pod ich wpływem, tracąc słoneczny kolor i zgromadzone w ciągu dnia ciepło. Towarzyszące bestii błyskawice przybierały wciąż na sile, a jej ryk przeszywał pustynną przestrzeń i przyprawiał o dreszcze.
Mężczyzna przyjrzał się potężnej paszczy, która niegdyś zainspirowała go i przyczyniła się do narodzin jego ulubionej techniki. W czasie spędzonym w młodości na pustyni, Yamcha spotkał Raijū tylko dwa razy. Było to zarazem szczęście w nieszczęściu, gdyż stwór rzadko pokazywał swoją prawdziwą twarz, a nawet jeśli, to nie pozostawał potem żaden świadek, który mógłby o tym opowiedzieć (a przynajmniej tak wieść gminna niosła). Yamcha ledwo uszedł z życiem z pierwszego rendez-vous z Raijū. Za drugim razem, czerpiąc z doświadczenia, przyczaił się i nauczył wszystkiego, co zobaczył. I tak, biorąc za mistrza istotę z legend, Yamcha stworzył Rōga-fū-fū-ken. Teraz, stając z nim znów oko w oko po latach, wiedział jedno: jest to ich ostatnie spotkanie, w czasie którego albo zapłaci za wykradzenie wilczych sekretów, albo przyjmie je jako swoje. Już na zawsze.
Yamcha trwał dalej nieporuszony, a bestia zbliżała się do niego, otoczona podmuchem burzy i z niesłabnącym rykiem, sączącym się z rozchylonych szczęk. Mężczyzna nie drgnął nawet kiedy wielkie niczym głazy łapy zatrzymały się w zaspie piachu tuż przed nim, ani gdy błękitne kły zatopiły się w jego szyi, posyłając elektryczne wiązki prosto w obieg krwi.
Powrót do Pałacu Wszechmogącego zdawał się upłynąć w mgnieniu oka. Tien Shinhan wyszedł mu naprzeciw, z wyprzedzeniem wyczuwając zbliżającą się energię i niecierpliwiąc się na rozpoczęcie treningu w Komnacie Ducha i Czasu. Yamcha wylądował bezszelestnie pośród mroku nocy. Nawet na tej wysokości, pozbawione księżyca niebo i wszystkie jego gwiazdy nie zapewniały tyle światła, co dawniej.
- No wreszcie. – Tien skrzyżował ręce na torsie, całą postawą podkreślając swoje niezadowolenie. – Długo kazałeś na siebie czekać.
Yamcha wyminął go bez słowa i również w milczeniu otworzył drzwi Komnaty.
- Co do licha? – sarknął Tien, oglądając się za nim. – Zrobiłem ci coś, czy zgubiłeś po drodze język? Hej! Słyszysz mnie?!
Trzyoki z mieszanką irytacji i zdumienia obserwował jak wieloletni kompan wchodzi do pomieszczenia, wciąż nie zaszczycając go słowem czy spojrzeniem. Dopiero gdy poszedł w jego ślady, oprócz upartego milczenia Yamchy zdał sobie sprawę z jeszcze jednej dziwnej rzeczy – towarzyszącego mu zapachu burzy i dzikiego zwierzęcia.

>*<

Noc nastała również w Górach Paozu. Przykryte szalem ciemności wzniesienia odcinały się delikatnie w tle, zarysowując krajobraz spokojnej krainy. Bambusy szumiały na wietrze, a energia życiowa Son Goku opadała stopniowo, niczym poziom temperatury na termometrze. Saiyanin stał na jednym ze zboczy, spoglądając z niego na chatkę dziadka i na swój rodzinny dom – a raczej dom Chi-Chi. Bo przecież to ona go prowadziła, a on był w nim tylko okazjonalnym gościem. Goku westchnął, obserwując jak ciemności nocy połykają oba sąsiadujące ze sobą budynki. W żadnym z okien nie zapaliło się światło.
W końcu własnoręcznie zabiłem ich mieszkańców.
Goku czuł, że słabnie, a zmordowane walką ciało zaczyna wiotczeć. Uderzenia serca były coraz rzadsze i krew zwalniała swój bieg. Wzrok tracił ostrość, a palce zaczynały drętwieć. Tłamszona siłą woli energia zasypiała i ulatniała się w niebyt. Goku przeprowadzał proces eutanazji z dużą skrupulatnością, torturując się widokiem domu i wspomnieniem rodziny, którą zaprzepaścił. Wyłączając się z otoczenia i skupiając na poskromieniu ki, zamierzał odejść cicho i bez pożegnania. Nie chciał, by jego moc po raz kolejny przyczyniła się do jakiegoś nieszczęścia.
- Twoje samobójstwo niczego nie rozwiąże.
Ki Goku podskoczyła. Niezapowiedziany gość zaburzał koncentrację i zmuszał do zaoszczędzenia energii na konwersację. Już samo słuchanie cudzego głosu odwlekało śmierć, a myślenie i odpowiadanie na pytania całkiem wybijało go z rytmu umierania, czerpiąc z rezerw, które do tej pory usilnie starał się zniszczyć.
- Jak mnie znalazłeś? – Goku nawet nie obejrzał się na Piccolo. – Moja ki jest zbyt słaba, żeby ją wyczuć.
- Umarli mają swoje sposoby.
Goku zacisnął pięści, a jego poziom energii po raz kolejny runął w dół. Nameczanin od razu zrozumiał swój błąd. Zaklął w myślach i w ostatniej chwili pochwycił Saiyanina pod ramię, zanim ten upadł na ziemię. Bez wahania pomógł mu usiąść i pochylił się nad nim z troską. Skołtuniona bardziej niż zwykle grzywa przesłaniała twarz Goku, a ten zaczął szczękać zębami z zimna.
- Nikt nie wini cię za to, co się stało – powiedział Piccolo głośno i wyraźnie. Zacisnął szponiastą dłoń na jego ręce. – Ja też cię nie winię. Jest dokładnie tak, jak mówiła Ttuce. To nie byłeś ty. Nie miałeś nad tym żadnej kontroli…
- Ttuce – szepnął Goku ze spuszczoną głową, wciąż uciekając przed nim wzrokiem i skupiając się na swoim poszarpanym i pokrwawionym stroju. Jego słowa miały gorzki wydźwięk: – Wszystko zaczęło się od niej.
- Ttuce prędzej umrze, niż się do tego przyzna, ale od początku nie była w stanie powstrzymać twojej przemiany. Nie wiedziała, że Czarny Wojownik podążył za nią na Ziemię, a potem jego potęga przerosła jej najśmielsze oczekiwania. Nawet jeśli zorientowałaby się i zareagowała od razu, a nie po czasie, to i tak nic by nie wskórała.
- Więc dlaczego sama tego nie powie? – Goku spojrzał na Nameczanina oczami czerwonymi od łez i z twarzą zalaną krwią z rozbitego nosa. – Dlaczego woli, żeby ją oskarżano?
- Jest takim samym ewenementem jak Vegeta. Duma nie pozwala jej na przyznanie się do słabości. Kolejny zły uczynek na koncie nie robi Ttuce różnicy, ale taka porażka… To zbyt duża potwarz.
Nameczanin odetchnął z ulgą, gdy wyczuł, że udało mu się zaprzątnąć uwagę Goku na tyle, by jego energia nieco się ustabilizowała. To pozwoliło organizmowi na podjęcie pracy i podtrzymanie funkcji życiowych. Goku siedział dalej w pokracznym rozkroku na porośniętym trawą podłożu, posiniaczony, podrapany i brudny, co w oczach Piccolo upodabniało go do skrzywdzonego przez los dziecka. Końcówka małpiego ogona poruszała się nieśmiało w powietrzu.
- Dlaczego ciągle jej bronisz? – spytał w końcu Saiyanin, z nutą pretensji w głosie.
Nameczanin uśmiechnął się i w pieszczotliwym geście zmierzwił mu włosy.
- Bo ktoś musi. – Znowu spoważniał. – Nie zostawiaj nas teraz, Goku. Jesteś nam potrzebny.

>*<

- Wypuszczono was z więzienia, ponieważ w dniu dzisiejszym macie szansę przyczynić się do czegoś ważnego. Do czegoś, co zmieni oblicze naszej rasy raz na zawsze. – Ttuce przechadzała się po sali tronowej, czując na sobie ciężki od ciekawości wzrok pięciu postaci. Fioletowa sakiewka odbijała się od jej biodra. – Jeśli dobrze się spiszecie, to wasze wyroki zostaną cofnięte, a winy zapomniane. Zostaniecie znów wolnymi mieszkańcami Vegetasei i weźmiecie udział w wojnie, o której będą opowiadać legendy. – Przystanęła przed zebranymi, rozkładając ręce w zapraszającym geście. – Oferuję nowe życie w zamian za przysługę, która zapisze wasze imiona w historii. Możemy zaczynać?
Piątka Saiyanów spojrzała po sobie, potrzebując ułamka sekundy na zastanowienie. Zaraz potem wspólnie otoczyli Ttuce. Ta skinęła na strażnika, który jak na komendę opuścił salę i zamknął za sobą jej wrota. Dźwięk przesuwanej zasuwy odbił się echem od ścian pomieszczenia, a potem zapanowała cisza, przerywana jedynie uderzeniami serc zgromadzonych postaci. Ttuce zdarła ze zbroi królewską pelerynę i stanęła w kręgu. Cała szóstka złapała się za ręce.
- Dajcie z siebie ile możecie – rozkazała Ttuce, wyzwalając swoją energię.
Płomienie ki otoczyły ciała wojowników, na końcu scalając się w jedną. Nagły podmuch mocy ugasił ogień płonących w kandelabrach świec, a Ttuce zamknęła oczy, gdy cudza energia wtargnęła do jej ciała. Nie wiedziała jakie wrażenia powinny towarzyszyć przemianie w Saiyańskiego Boga, ale wiedziała, że ją skradziona zbrodniarzom ki prowadzi zupełnie inną ścieżką. Zacisnęła palce mocniej na dłoniach swoich poddanych, praktycznie miażdżąc je w natłoku żądzy i rosnących sił. Czuła, że Saiyanie słabną, podczas gdy ona wciąż bez opamiętania wysysa ich energię, chłonąc ją jak gąbka.
- Już dość! – sapnął któryś z więźniów, ale Ttuce uśmiechnęła się drwiąco w odpowiedzi i jeszcze wzmocniła swoją aurę.
Rozchodząca się na boki energia nie pozwalała na rozerwanie kręgu. W niebieskim blasku oczy Ttuce zalśniły i w końcu zrobiły się całkiem czarne, tak jak i włosy. Ukazując zęby w dzikim grymasie, Ttuce czerpała dalej od szarpiących się i krzyczących dawców, doprowadzając do tego, by wreszcie przekazali jej wszystko. Kobieta wytrzymała najdłużej z piątki nieszczęśników, ale w końcu również i ona upadła na podłogę sali, wyzionąwszy ducha wraz ze swoją ki.
Razem z ostatnim skowytem umierającego, przemiana Ttuce dobiegła końca. Saiyanka uniosła odziane w rękawice dłonie i spojrzała na nie z satysfakcją. Czuła energię kryjącą się w opuszkach palców, a towarzysząca jej czarna łuna łechtała mile nerwy i stymulowała zasoby mocy, o których do tej pory mogła tylko pomarzyć.
- Umarł bóg, niech żyją demony – szepnęła i przeszła nad ciałami Saiyanów.
Odbiwszy się od podłogi, wśród odłamków szkła i żelaza wystrzeliła przez dach pałacu, nawet nie odczuwając zderzenia z jego kopułą. Demoniczna energia otoczyła ją pancerzem, niepozwalającym jej ciału na choćby jedno zadraśnięcie, a królewska peleryna pozostała na posadzce, zwinięta w kłębek pomiędzy ciałami tych, którzy oddali życie dla narodzin większego zła.
Księżyc wreszcie wkroczył na niebiosa, oświetlając stolicę saiyańskiego królestwa i zalewając ją srebrzystym blaskiem. Ttuce zatrzymała się na jego tle, pozwalając by Vegeta sam ją wyczuł. Głowa księcia natychmiast zwróciła się w jej stronę. Zaobserwował czarną grzywę i wyłaniający się zza pleców ogon tej samej barwy. Zacisnął pięści, a materiał rękawic zatrzeszczał w proteście.
- Stało się.
- Nie marnuj więc czasu i rób, co masz zrobić – warknęła Mirai Ttuce i wyminęła go.
Bez wahania wzbiła się w powietrze i podleciała do Ttuce. Zatrzymała się naprzeciwko niej, pozwalając by ta dokładnie się jej przyjrzała i zdała sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia. Przez chwilę obie unosiły się w milczeniu i deszczu promieni księżyca, mierząc nawzajem spojrzeniem. W końcu Ttuce przerwała ciszę:
- Ta sytuacja nie mogłaby chyba być ani trochę bardziej dziwaczna.
Odpowiednik z przyszłości uśmiechnął się łobuzersko i przechylił głowę na bok, machając ogonem w geście rozbawienia. Mechaniczna ręka i delikatne zmarszczki w okolicach kącików oczu były wszystkim, co je odróżniało.
- Całkiem mi dobrze w tych ciemnych włosach.
- Nie myśl, że nie wiem, że odwracasz moją uwagę od transformacji Vegety.
- Wcale nie odwracam. I tak byś do niej dopuściła. Żadna z nas nie odmówiłaby sobie starcia z bogiem.
- Jak ty mnie dobrze znasz. – Czarne jak noc tęczówki Ttuce błysnęły niebezpiecznie, ale Mirai Ttuce nie straciła rezonu.
- W końcu jesteśmy jedno.
- Czy jeśli cię teraz zabiję, sama też zginę w podobnych okolicznościach? – spytała, a Mirai Ttuce roześmiała się głośno.
- Mimo że bardzo bym chciała, twoja dzisiejsza walka nie jest ze mną. Musimy to odłożyć na kiedy indziej.
Podkurczając kciuk do wnętrza dłoni, przycisnęła ją do serca, a następnie uniosła zdrową rękę do góry, prezentując pozostałe cztery palce w saiyańskim pozdrowieniu. Ttuce owinęła się ogonem w pasie i odwzajemniła gest. Bitwa mogła zostać uznana za rozpoczętą.
Gdzieś pod nimi snop złotej energii przemienił się w niebieski. Kiedy całkiem opadł, Mirai Trunks, Gohan, Gine i chłopcy rozstąpili się, przerywając krąg, a Vegeta wyłonił się spomiędzy nich z czerwonymi włosami. W przeciwieństwie do swojej siostry wyglądał dużo łagodniej niż zwykle – nawet szkarłatne oczy miały w sobie mniej jadu. Mirai Ttuce opuściła się z powrotem na ziemię, a w tle przetoczył się ryk, gdy pierwsi członkowie Saiyańskiej Armii zaczęli przemieniać się w Ōzaru. Tłum wpatrywał się w księżyc jak urzeczony, a jego promieniowanie z każdą chwilą stawało się coraz bardziej intensywne, wyzwalając w ogoniastych istotach ich prawdziwą naturę. Gine uciekała przed nim wzrokiem, ale czuła słabość w kolanach i wewnętrzne pragnienie, by również choć na chwilę zerknąć na jaśniejącą na niebie tarczę. Musiała użyć całej siły woli, by nie poddać się transformacji, nad którą nie potrafiła zapanować.
Vegeta stanął na czele Wojowników Z, a siostra spojrzała na niego z nieba.
- Jesteś gotów na ostateczne starcie?
Nie odpowiedział od razu, a zamiast tego wystartował w jej kierunku w asyście ognistej aury i z mocą, która nie ustępowała już nawet Goku.
- Bycie w boskiej formie ci nie pomoże – syknął, zbliżając się do niej na odległość idealną do zadania pierwszego ciosu.
- Nie jestem bogiem, tylko jego całkowitym przeciwieństwem. – Uśmiechnęła się przerażająco. – Uważaj, braciszku. Kiedy walczysz z potworami, możesz się stać jednym z nich!**
W oczach Vegety na nowo zapłonął ogień.
- Chyba jednak bardzo boisz się przegranej, skoro uciekasz się do użycia Ōzaru.
- Czyżbyś mi zarzucał, że nie postępuję fair? Na wojnie nie ma fair play, bracie. Są tylko przegrani i zwycięzcy! – wrzasnęła i z rozmachem przystąpiła do ataku, zamierzając się kantem dłoni na jego kark. – Ponoć bogowie są nieśmiertelni. Chcesz to sprawdzić?!
- Przestań ciskać we mnie tymi pieprzonymi farmazonami! – Vegeta wyprzedził ruch Ttuce i wbił pięść w podstawę jej szczęki, z trzaskiem odrzucając ją w tył. – Zacznij walczyć!
Ttuce wyhamowała w powietrzu, zanim siła uderzenia Vegety posłała ją na ruiny pałacu. Otarła usta wierzchem dłoni i ze zdumieniem spojrzała na ślady krwi na rękawicy. Nie. Nie tak powinno być. Przecież teraz była niezniszczalna! Z jej gardła wyrwał się wściekły warkot, białka oczu pokryły się żyłami, a ciało otoczył wybuch czarnej energii. Rzuciła się znowu na brata, pałając żądzą zemsty.
- Zakończymy to raz na zawsze! Nikt nie będzie lepszy ode mnie, słyszysz?! Nikt! Teraz to ja jestem najpotężniejsza we wszechświecie!
Vegeta czekał na nią w płomieniu boskiej mocy, skupiony i gotowy na wszystko. Uniósł ręce w bojowym geście i napiął mięśnie ramion, zanim zderzyli się po raz kolejny. Huk towarzyszący ich spotkaniu zlał się ze zwierzęcym rykiem. Planeta zatrzęsła się, gdy pierwsze małpy wzniosły się ponad budynki miasta, górując nad zgromadzonymi i od razu przystępując do procesu zniszczenia.
- Sugeruję, żebyśmy nie czekali ani chwili dłużej – wycedziła Mirai Ttuce.
Od jakiegoś czasu przestępowała z nogi na nogę i nie wiedziała za co się brać. Jej ogon uderzał rytmicznie o ulicę, zdradzając niepokój na widok rozgrywających się wokoło wydarzeń. Wcale nie była pewna, czy plan Vegety wypali.
- Pamiętaj, że nie musisz nikogo zabijać! – upomniał ją Mirai Trunks, łapiąc za zdrową rękę. – Wystarczy, że ich ogłuszymy…
- Co ty pierdolisz? Takie jest życie prawdziwego wojownika – zabić lub zostać zabitym. – Strzepnęła jego dłoń ze zniecierpliwieniem.
- Ale ciociu…
- Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywał! To dziwaczne – prychnęła. – Ruchy, atakujemy! Każdy troszczy się o siebie!
Z tym słowami ruszyła do boju, a reszta grupy rozdzieliła się za jej plecami. Gine, Trunks i Goten zaczęli rozbrajać tych Saiyanów, którzy jeszcze nie przeszli przemiany. W trójkę przebijali się przez szeregi armii, dbając o to, by liczba Ōzaru nie wzrosła już o ani jednego osobnika. Uliczki stolicy pulsowały niczym żyły żywego organizmu, a kolejni Kosmiczni Wojownicy napływali nimi nieprzerwanie, niemalże mnożąc się w oczach. Mirai Ttuce szła przed siebie jak sam szatan, bezlitośnie wyrywając ogony i skręcając karki. Działała instynktownie i bez zastanowienia, zabijając po kilku przeciwników na raz. Poruszała się z zawrotną szybkością, pojawiając tylko w migawkach przed zadaniem ostatecznego ciosu i z płynnością godną tańca unikając uderzeń posyłanych w jej stronę.
W pewnym momencie wpadła prosto na jednego z przedstawicieli Ōzaru. Jak na zwolnionym filmie, gigantyczna pięść runęła w dół, a Saiyanka odchyliła się, tylko o centymetry unikając zderzenia z ciężarem, który utworzył krater w ziemi tuż przed nią. Bestia zaryczała z satysfakcją, a jej czerwone ślepia zalśniły. Obsypana piachem Mirai Ttuce spojrzała na nią z furią, po czym obróciła się w miejscu i schwyciła za włochatą pięść, z wrzaskiem ciskając stwora w zabudowania stolicy. Bestia chyba sama się zdziwiła, że Saiyanka dała radę ją podźwignąć i dodatkowo posłać na przeciwległą stronę miasta. Budynki zmieniły się w proch pod cielskiem Ōzaru, a wokoło buchnęły płomienie i wzniósł się mur dymu. Mirai Ttuce przemieniła się w Super Saiyanina pierwszego poziomu i wykończyła małpę pociskiem ki – ten w zamieszaniu prawie dosiągł Mirai Trunksa, który tylko dzięki wrodzonemu refleksowi uskoczył z pola rażenia.
- Hej! Uważaj trochę! – krzyknął do niej, nieźle wystraszony i gaszący końcówki włosów, które chwilę wcześniej liznęły płomienie.
- Mówiłam – każdy troszczy się o siebie! – Mirai Ttuce machnęła na niego wściekle ogonem. – Jeśli padniesz, to leżysz! Ja nie będę cię ratować! To jest wojna, a nie wycieczka do lunaparku!
- Może jednak pomyślisz o taryfie ulgowej dla członków najbliższej rodziny?!
Mirai Ttuce wywróciła oczami i bez słowa zanurkowała z powrotem w wir walki. Pojedyncze uderzenie mechanicznej pięści wystarczyło, by druga małpa runęła na plecy, przygniatając swym cielskiem kolejne budynki mieszkalne i zakłady. Mirai Trunks dogonił Gohana i wspólnie rzucili wyzwanie reszcie Ōzaru. Gohan znów przemienił się w Mistycznego Wojownika i celnymi uderzeniami rozprawiał się z otaczającymi go małpiszonami, a Mirai Trunks siekł swym mieczem niczym ramię przeznaczenia. Ta dwójka nie miała jeszcze nawet okazji zamienić ze sobą słowa powitania, ale w niemym porozumieniu odłożyli to na później.
W powietrzu Big Bang Attack zderzył się z Shadow Blast. Siła wybuchu odrzuciła Vegetę i Ttuce na boki, ale wojownicy zaraz wrócili do siebie z tą samą zaciekłością. Wściekłość zalewała Ttuce od środka, gdy po raz kolejny jej umiejętności okazywały się być niewystarczające do zniszczenia przeciwnika. Nie tego oczekiwała po tej transformacji. Nie to sobie obiecywała.
Tuż pod nimi gigantyczne postaci niszczyły i obracały ich królestwo w perzynę, a determinacja i zajadłość wciąż były jedynymi rzeczami, jakie potrafiła wyczytać z twarzy Vegety. Nic nie wskazywało na to, by książę choć odrobinę wystrzegał się prób zabicia jej lub wahał przed zadaniem fatalnych w skutkach ciosów. Nic nie wskazywało na to, by choć trochę żałował tego, jak to się wszystko ułożyło. Nie doszukała się w nim śladu złości czy utraty kontroli nad emocjami. Vegeta doskonale wiedział co robi i emanowała od niego obojętność na los siostry. I to właśnie ta obojętność podniecała furię Saiyanki.
Po kolejnym miażdżącym uderzeniu Vegety, Ttuce splunęła krwią i zaśmiała się szaleńczo, ocierając pot z czoła.
- Ojciec byłby z nas dumny, nie sądzisz? Oboje osiągnęliśmy dużo więcej od niego.
- Oczywiście, że byłby dumny – zironizował Vegeta, unosząc się ponad płonącymi budynkami stolicy, zwarty i gotowy do dalszego działania. – Tylko się rozejrzyj.
- To dopiero początek! – Ttuce aż skurczyła się z ekscytacji, a jej czarny ogon się napuszył. – Moja armia zlikwiduje nie tylko Ziemię, ale też i wszystko inne, co napotka na swojej drodze. Kiedy nie będzie już ciebie, odszukam kryształowe kule na Namek i zyskam nieśmiertelność! A wtedy zastąpię Beerusa na stanowisku Boga Zniszczenia!
- Widzę, że twoje ambicje nie znają granic – syknął Vegeta z obrzydzeniem, jednocześnie marszcząc brwi. – Naprawdę taki masz cel? W efekcie końcowym po prostu chcesz zniszczyć świat? I co będziesz z tego mieć?
Ttuce zachichotała upiornie, a po jej twarzy spłynęły następne krople potu.
- Źle mnie zrozumiałeś. Już żeby zabić ciebie, jestem gotowa unicestwić ten wszechświat. A potem… Potem znajdę sobie inny. Albo stworzę go od podstaw, rządząc żelazną ręką i ustalając własne zasady. Mógłbyś do mnie dołączyć, ale jesteś na to zdecydowanie zbyt miękki!
- Widzę, że przydałby ci się Freezer – stwierdził ponuro Vegeta i na nowo otoczył się szkarłatną poświatą. – Skoro tak za nim tęsknisz, to pomogę wam się znowu zjednoczyć.
Z krzykiem zaatakował ponownie, a zderzenie ich pięści wywołało w powietrzu falę energii, która powaliła jedną z ostatnich konstrukcji, jakie jeszcze ostały się w całości w stolicy Vegetasei. Upadający budynek zderzył się z ogłuszonym przez Gohana Ōzaru, w efekcie czego małpiszon runął prosto na ziemię – i niespodziewającą się niczego Gine. Opędzająca się od atakującego tłumu Saiyanka zdążyła tylko zauważyć zbliżający się w jej stronę cień i odczuć dziwny powiew powietrza na karku. Kiedy obejrzała się przez ramię, było już za późno na jakąkolwiek inną reakcję.
Niebieski pocisk energii ugodził w cielsko małpy i odepchnął je w przeciwnym kierunku. Ōzaru wylądował z łoskotem, wżynając się w ziemię, a ta zadrżała, zbijając z nóg wszystkich wojowników w pobliżu. Son Goku stanął u boku matki z ledwo zaleczonymi obrażeniami z poprzedniego starcia i wciąż w strzępach ubrań. Uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę, chcąc pomóc jej wstać. Gine zamrugała i przetarła oczy z kurzu, a potem bez słowa poderwała się i rzuciła mu na szyję.
- Wróciłeś – szepnęła, obejmując go desperacko.
- No nareszcie – burknął Vegeta, który zaobserwował całe zdarzenie z góry.
- Hm? – Głowa Ttuce zwróciła się w stronę wojowników, a Vegeta zaraz to wykorzystał i gradem potężnych ciosów wgniótł ją w ziemię.
Był jak ogień – szybki, nieokiełznany i nie do uniknięcia. Przypominające płomienie włosy wreszcie nosiły barwę, która zdawała się być im pisana od urodzenia. Książę pozbył się siostry szybko, ogłuszając ją i masakrując serią pocisków wystrzeliwanych z dłoni. Ttuce zniknęła pod gruzem zniszczonych budynków, a Vegeta przeprowadził odwrót i wylądował obok Goku. Ten szukał już wzrokiem Ttuce pośród ruin stolicy, ale Vegeta wszedł mu w drogę i pchnął go dłonią w tors.
- Ani się waż! To moja walka! – Jego sylwetka jaśniała od boskiej energii. – Musisz przenieść wszystkich na Namek.
- Co? – Goku podrapał się po karku z konsternacją. – Ale…
- Vegeta! – W przestrzeni rozległ się głos Północnego Kaito. – Nameczanie zebrali kule i czekają na twoje życzenie.
Goku zdumiał się jeszcze bardziej i spojrzał na Vegetę, oczekując wyjaśnień, ale książę stał już do niego plecami.
- Przekaż im dokładnie te słowa! – Zwrócił twarz ku niebu. – Jakiś czas temu moja siostra Ttuce przywołała ziemskiego smoka Shenrona i wypowiedziała dwa życzenia. Chcę, aby Porunga je cofnął!
- Co?! – Ttuce właśnie wygrzebywała się spod gruzów i usłyszała głos brata, który jak zwykle nie silił się na dyskrecję.
- Jesteś pewien, Vegeta? – Kaito nie brzmiał na zbyt przekonanego do tego pomysłu. – To by oznaczało…
- Tak, jestem pewien! Porunga ma cofnąć oba życzenia Ttuce! NATYCHMIAST!
- TY! – Ttuce z trudem podźwignęła się na nogi.
- Ale to znaczy, że znikniesz... – Wzrok Goku znów utkwiony był w Gine. Matka położyła dłoń na jego policzku.
- To nie jest mój świat. Ale cieszę się, że mogłam cię poznać.
- Nie ma na to czasu, do licha! – Vegeta trzasnął Goku ogonem w ramię. – Przenieś wszystkich na Namek zanim będzie za późno! Ja rozprawię się z Ttuce. W boskiej formie mogę oddychać w przestrzeni kosmicznej.
Do Goku dopiero teraz tak naprawdę zaczęło docierać to, jakie konsekwencje wiążą się z życzeniem Vegety. Z przerażeniem wytrzeszczył na niego oczy i zamachał rękami.
- Ale ta przemiana nie będzie trwać w nieskończoność! Gdy się skończy – umrzesz!
- Nie zawracaj mi tym teraz dupy! – warknął Vegeta, na powrót odwracając się do niego plecami. – Łap wszystkich i uciekajcie stąd!
- A co z Kosmicznymi Piratami? Przecież też gdzieś tutaj są! Zginą od razu!
Vegeta niemal zawył z niedowierzeniem.
- Gówno mnie to obchodzi! Mają pecha! Martw się o swój tyłek, a nie o swoich wrogów, pajacu!
Goku spojrzał jeszcze raz na matkę, a ta znowu go uścisnęła.
- Zawsze będę nad tobą czuwać. Bądź dzielny – szepnęła, nieświadomie powtarzając ostatnie słowa Chi-Chi.
Goku przełknął ślinę i odwzajemnił uścisk, a potem puścił Gine, rozstając się z nią na zawsze. Wśród dymu i ognia namierzył Trunksa i Gotena. Radosne okrzyki chłopców na jego widok zaraz ściągnęły uwagę Gohana i Mirai Trunksa. Ostatnia dołączyła do nich Mirai Ttuce, która na odchodnym okręciła się wokół własnej osi i niczym miotający drużyny baseballowej posłała w stado Ōzaru świetlisty pocisk ki. Buchnęły kolejne płomienie, małpy zawyły w bolesnym proteście, a Ttuce wydała triumfalny okrzyk.
- Trzydzieści siedem i pół! Pobij to, Trunks.
Na widok skonsternowanej miny Goku, Mirai Trunks pokręcił głową.
- To długa historia.
- Twoje życzenie zostało spełnione, Vegeta! – Głos Kaito ponownie przeszył przestrzeń, a Goku ponaglił wojowników, by się go złapali.
Vegeta dopilnował, by zniknęli z powierzchni planety na jego oczach. Dopiero wtedy zwrócił się znów w stronę ściany dymu i wyłaniającej się z niej sylwetki Ttuce.
- Byłbyś dobrym królem, książę – szepnęła Gine, a Vegeta tylko westchnął.
- NIE! – wrzasnęła Ttuce i cisnęła w stronę brata pocisk energii. – Nie zgadzam się! Nie zniszczysz mojego imperium!
Vegeta zbił atak jednym ruchem ręki i posłał go w majaczące w dymie ruiny budynków. Spojrzał na Gine i skinął jej głową, a wtedy twarz i postać Saiyanki zaczęły rozmywać się w powietrzu. Znikali pozostali przy życiu Ōzaru i ci przedstawiciele rasy, którym nie dane było się przemienić. Znikały ciała zabitych i ci, którzy całą walkę spędzili w ukryciu. Ttuce rozejrzała się w panice wokoło, zdając sobie sprawę, że jest już za późno. Gine odeszła z tego świata, a wraz z nią wszyscy pozostali.
Vegeta i Ttuce zostali sami.
- Nie daruję ci tego!
Vegetasei zadrżała po raz kolejny. Planeta zdawała zacząć się rozpadać i rozmywać, jak uszkodzona grafika komputerowa. Ttuce odbiła się od ziemi i trzasnęła Vegetę w szczękę. Głowa księcia odskoczyła w bok, ale ten zaraz odwrócił się i jego pięść przeszyła powietrze, celując w jej czaszkę. Ttuce schyliła się, unikając uderzenia i w mgnieniu oka obróciła na jednej nodze, drugą podkurczając, a następnie rozprostowując w porę, by kopnąć go w brzuch i powalić na łopatki. Rzuciła się na niego ponownie, lądując mu na torsie i zaczynając raz za razem uderzać pięścią w twarz. Vegeta w końcu schwycił ją w pasie i z wrzaskiem wyrzucił ponad siebie. Ttuce upadła na migoczące i rozpływające się stopniowo podłoże, a Vegeta wyskoczył ponad nią, po czym runął prosto na jej głowę. Ttuce przesunęła się i przeturlała, a pięść brata zrobiła dziurę w miejscu, gdzie przed chwilą leżała. Oboje warknęli na siebie ostrzegawczo i równocześnie poderwali się na nogi. Napuszone ogony przecięły powietrze w identycznej manierze, a oni po raz kolejny zderzyli się w locie, wymieniając zbyt szybkie dla ludzkiego oka ciosy i kopniaki. Iskry rozpryskiwały się wokół nich, a kości przedramion trzeszczały w proteście od przyjmowanych uderzeń. Dym gęstniał z każdą chwilą, a oni rzucali sobą w amoku, miażdżąc i rozszarpując, przedzierając się przez konstrukcje znikającego miasta i ostatecznie rujnując to, co się jeszcze ostało.
Ttuce przeorała Vegecie twarz paznokciami, a on ugryzł ją w szyję, gdy ich zwierzęcy instynkt zaczął dawać o sobie znać, wymuszając na nich berserk. Zlani krwią i potem atakowali dalej, na przemian uciekając się do pocisków ki i rękoczynów. Natarli na siebie z furią i zderzyli się z impetem czołami, jak dwa rozjuszone byki. Uderzeniu towarzyszył huk niczym grzmot, a w tym samym momencie planeta Vegeta zamigotała po raz ostatni w niemym pożegnaniu i zniknęła z map wszechświata.
Vegeta i Ttuce znaleźli się w samym sercu przestrzeni kosmicznej, w otoczeniu gwiazd, słońc i księżyca – dwójka dzieci w miejscu śmierci swojego świata.
- Zabiłeś ich! – zawyła Ttuce, zaciskając pięści w zakrwawionych rękawicach i unosząc je na wysokość twarzy. – Jesteś taki sam jak Freezer!
- Doprawdy?!
Vegeta znowu na nią ruszył, ale zatrzymał się, gdy tylko zobaczył czerwony pocisk kumulujący się w jej dłoniach. Jego konsystencja przypominała poruszającą się i oddychającą magmę, z każdą chwilą przybierającą na masie i objętości. Wiązka ki była potężna, ale powolna. Vegeta zdołał uskoczyć z linii strzału, a mordercza energia pomknęła w głąb kosmosu i zderzyła się z jakąś przypadkową gwiazdą. Odgłos eksplozji nie dosiągł uszu walczących, ale oboje zobaczyli wielokolorową mgławicę, która momentalnie pojawiła się na jej miejscu, niczym rozpryśnięty na czerń kosmosu brokat.
- Ja jestem jak Freezer?! – Vegeta aż dygotał z furii. Znienacka dopadł do Ttuce i potrząsnął nią. – Jak śmiesz! To ty jesteś jak Freezer! Ty używasz jego pierdolonych technik!
Ttuce warknęła i odepchnęła go od siebie. Unosili się dalej w przestrzeni, dysząc ciężko i tocząc pojedynek na spojrzenia.
- Zapożyczyłaś od niego dużo więcej niż tą Supernową! Skrupulatnie weszłaś w rolę, którą dla ciebie stworzył! Gdybym nie cofnął twojego życzenia, sama wymordowałabyś wszystkich Saiyanów!
Ttuce obnażyła zęby w ostrzegawczym grymasie i zaczęła się do niego zbliżać, ale Vegeta kontynuował z coraz większym niesmakiem:
- Jak możesz nie widzieć tego, czym się stałaś?! To żałosne! Oszczędził cię dlatego, żebyś zastąpiła go po jego śmierci! Nawet po tych wszystkich latach ciągle dajesz mu sobą manipulować, idiotko! Freezer nie musi żyć, bo ty żyjesz za niego!
- Gówno wiesz, Vegeta! – ryknęła, a jej oczy zapłonęły. – Nie masz pojęcia co przeżyłam i co robiłam, żeby przeżyć! Nie masz pojęcia co zrobiłam dla ciebie!
- I nic mnie to nie obchodzi! Zostaw wreszcie przeszłość za sobą, to może wyrwiesz się spod wpływu tego psychopaty!
- To przeszłość jest tym, co nas kształtuje! Jeśli ją odepchnę, stanę się nikim. Tak jak ty – syknęła z pogardą. – Pseudoziemianin. Książę niczego! Myślisz, że możesz być drugim Goku?! Zapomnij! Nigdy nie zostaniesz jednym z nich!
Vegeta, zamiast rozzłoszczony, wydawał się być coraz bardziej zawiedziony jej występem.
- Przynajmniej nie jestem marionetką i reinkarnacją Freezera. Bydlaka, który zniszczył naszą rasę i życie, a potem namieszał ci w głowie tak, że zaakceptowałaś go jako swoje alter ego!
Ttuce zacisnęła zęby. W uszach jej szumiało, a na czoło wstąpiły pierwsze żyły. Ciśnienie Saiyanki podskoczyło mocniej niż podczas walki.
- Masz mi coś jeszcze do powiedzenia, zanim zakończę to twoje pieskie życie? – wycedziła.
- Tak! Spójrz wokoło. Spójrz za siebie i pomyśl o wszystkim, co zrobiłaś. Spójrz na swoje ręce, a potem popatrz mi prosto w oczy i powiedz, że nie stałaś się drugim Freezerem. Jesteś jego spadkobierczynią i nawet nie zdajesz sobie z tego pierdolonej sprawy! – parsknął gniewnie i potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Co do mnie… Może byłem, a może jestem mordercą i sadystycznym dupkiem, ale przynajmniej jestem nim z własnej woli. Nie dlatego, że ktoś wsadził mnie w taki szablon.
Ttuce prychnęła, opuściła wzrok na swoje dłonie i… Aż sapnęła. Między palcami ściskała kolejny pocisk ki, tym razem czarny i rozpaczliwie domagający się jej uwagi. Najprawdziwsza Death Bomb pulsowała w objęciach Saiyanki, prosząc o więcej energii i pozwolenie na rozwój. Ttuce uniosła znów oczy i spojrzała na Vegetę. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a potem zamknęła je z powrotem. Plazma ki parzyła wnętrze dłoni, niezadowolona ze zbyt długiego przetrzymywania, a ona wręcz mogła usłyszeć śmiech Freezera w głębi głowy. To też była jedna z jego ulubionych technik.
- Naprawdę nie zauważyłaś tego wcześniej? Jestem gotów cię zabić, skoro to ma ci pomóc przejrzeć na oczy. Jeśli zginiemy przy tym oboje, to widać tak nam było pisane. Ale nie pozwolę, żeby kolejny bękart Freezera doprowadził ten świat do ruiny. Czas jego panowania dobiegł końca, Ttuce!
Ttuce obserwowała jeszcze przez chwilę ściskaną w dłoniach Death Ball, a następnie z westchnieniem przysunęła ją do swojego brzucha. Jej ręce zadrżały, a czarna energia rozbłysła w proteście, zanim przeniknęła do ciała Saiyanki.
- Co… Co ty robisz? – Vegeta zmarszczył nos, zbity z tropu.
Włosy Ttuce zamigotały i wróciły do jasnej barwy. Demoniczna energia wyparowała z niej jak na zawołanie, a czarna aura zniknęła. Vegeta wytrzeszczył oczy.
- Zwariowałaś?! Bez tej transformacji nie możesz oddychać w komosie! Udusisz się!
Ttuce uśmiechnęła się lekko, zgodnie z jego przewidywaniem szybko tracąc oddech. Z jej oczu i ust zaczęło się sączyć białe światło.
- Uciekaj stąd – szepnęła, a poświata wzmocniła się i otoczyła ją, przybierając postać bańki.
Vegeta odniósł wrażenie, że w tej zmęczonej twarzy zobaczył wreszcie siostrę, którą ledwo pamiętał z ich szczenięcych lat. Ttuce zamknęła oczy i złożyła broń. Biała bańka rozbłysła i wybuchła z siłą, o jaką Vegeta nigdy by jej nie podejrzewał. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Śmierć Ttuce uderzyła go w twarz i prawie wybiła z boskiej transformacji. Serce Vegety przyspieszyło swój rytm, gdy zaobserwował rozpływającą się w przestrzeni niszczycielską falę światła, która teraz sunęła także i na niego. Świat wokoło zaczął wariować. Gwiazdy pojawiały się i znikały, mgławice traciły swój kolor, oba słońca Vegetasei tonęły w mlecznej poświacie, a księżyc zdawał się przestać istnieć. Ttuce umarła, a wraz z nią wszystko inne.
Vegeta nie miał pojęcia, że zło w swojej najczystszej postaci jest białe.

*Postać z mitologii japońskiej.
**Niedokładny cytat z Fryderyka Nietzsche.


Generalnie tutaj historia miała się skończyć, ale jak wiadomo w międzyczasie dodałam kilka wątków, które teraz muszę jakoś sensownie wyjaśnić. Więc jeszcze trochę. x)

10 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały rozdział! - Nic dodać, nic ująć. Nie ma się też do czego przyczepić. Dla mnie to było po prostu DOS-KO-NA-ŁE! ;) Zło w czystej postaci oraz krew, pot i łzy - czyli to, co lubię. ;)

    Naprawdę nie mogę uwierzyć w to, że to już prawie koniec tej historii . :(( :'(

    P.S. Zauważyłam, że na Twoim blogu pojawiła się zakładka pt. "autorka". Podsunęłaś mi tym pomysł, abym ja też zrobiła taką u siebie. :))
    Pozdrawiam,
    G.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kobieto uwielbiam Cię :D
    Świetne opisy walki i nieoczekiwany zwrot akcji.
    Dobrze że nie skończyłaś tej historii w tym rozdziale bo bym Cię chyba udusiła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzia! :D Mam jeszcze kilka asów w rękawie.

      Usuń
    2. No no. Ciekawie się zapowiada. Cofanie życzeń, tego jeszcze chyba w DB nie było, ale mniejsza o to. Pomysł ciekawy, no i smutne zakończenie ze śmiercią Ttuce, u mnie będzie zupełnie inaczej, ale csss, jeszcze nie ma tego momentu xD. Pożyjemy zobaczymy, i want see more <3
      Pozdrawiam i może dzisiaj wrzucę u siebie rozdział
      Kenzuran Blade River

      Usuń
    3. Pomysły Vegety są zawsze bardzo oryginalne. ;)

      Usuń
  4. Cóż, trochę trudno mi określić, kiedy dokładnie dodam następny chapter. Ostatnio jestem istnym leniem patentowanym, a na dodatek od dłuższego czasu cierpię na kryzys twórczy. :( Ale jeśli tylko "dosiądę Pegaza", to zabiorę się pożądnie za pisanie. Jak na razie mam naskrobanych około 700 słów. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hah, no nie spodziewałam się, że nasze psy mają takie same imiona XD. Chyba naprawdę jesteśmy do siebie bardzo podobne. ^^ xD

    W sumie to już bym chciała zacząć pisać o rodzinie królewskiej, ale zanim to zrobię, muszę wprowadzić jeden lub kilka przeskoków czasowych, więc jeszcze trochę niestety poczekamy. ;/

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Nocebo.
    Umęczyłam, że się tak brzydko wyrażę ten rozdział. Co prawda późno, ale nie miałam kiedy. Zaraz z resztą wychodzę do pracy więc postaram się sprężyć, ale jak najwięcej skomentować!
    Po pierwsze to smutne, że własnie w tej chwili postanowiłaś zakończyć opowieść, chyba tego nie zrobisz! Nie daruję Ci tego :D Nawet tych paru dodatków. Ale o tym później.
    Ogólnie akcja toczy się niesamowicie szybko, a sam książę zaskakuje nas swoją trzeźwą postawą i zarannością! Zachował się dokładnie jak nasz stary Goku! Zaplanował wszystko, uratował niewinnych, mistyczne życzenie oszalałej Ttuce zamienił w proch! Lepiej nie mógł sobie tego zaplanować! To zaskoczenie Son Goku było zawodowe! :D Dokładnie tak by się odegrał ten odcinek gdyby powstał naprawdę w DB! Jestem zafascynowana! I błagam Cię, nie kończ, nie teraz :D
    ps. uciekam do roboty... czas na 2 zmiany.
    I przepraszam, że tam mało, że brak tu wielu słów i opisów całej sytuacji, ale wiedz, że wszystko było GENIALNE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Onet olał mój komentarz, więc odpiszę w skrócie tutaj: działam. xD

      Usuń