wtorek, 14 kwietnia 2015

1. This is the start of how it all ends


To lato było niemożliwie upalne. Po tygodniach ukropu sączącego się z nieba niczym rozgrzany wosk, Ziemianie nie szukali już ulgi i schronienia wyłącznie na basenach, ale też w każdym sklepie, w którym znajdował się dział z mrożonkami. Sprzedawcy wentylatorów zbijali fortunę, zaliczając najkorzystniejszy sezon od lat, a właściciele chłodni wynajmowali je na przyjęcia okolicznościowe. Szaleniec, który nastawił słońce na najwyższe obroty, mógł jeszcze okazać się najpotężniejszym wrogiem ludzkości w całej historii jej istnienia. Piccolo nie był człowiekiem w standardowym tego słowa znaczeniu, ale przy takiej pogodzie sam zaczynał żałować, że nie ma na własność domu z lodówką, w której mógłby się schować. Nawet jego czułki się pociły.
Wałęsanie się po nieużytkach, pustyniach i wąwozach nie było tak przyjemne jak wcześniej. Nie potrafił delektować się samotnością i medytacją, gdy temperatura w cieniu podskakiwała w rytm dubstepu, a każdy powiew wiatru przywierał do skóry niczym wylana przez przypadek zupa. Piccolo był zdesperowany – do tego stopnia, że przemyślał po raz drugi zaproszenie do Boskiego Pałacu i postanowił je przyjąć. Co jak co, Dende potrafił być wrzodem na tyłku, ale jako nowy Wszechmogący na pewno miał jakiś sposób na obniżenie temperatury powietrza wokół siebie. Albo przynajmniej wolny pokój z klimatyzacją.
Z tą myślą Piccolo porzucił kryjówkę w górach i poleciał w stronę Pałacu. Trzymał się możliwie nisko, unikając naporu gorąca, które niemal paraliżowało wszelki ruch powietrzny. Zastanawiał się, jak z tą nieludzką pogodą radzą sobie pozostali Wojownicy Z. Przeczuwał, że skryli się w posiadłości Capsule Corporation. Dom Bulmy był pewnie przygotowany na każdą okazję – nie tylko wybuch bomby nuklearnej czy atak szału Vegety, ale i na najgorętsze lato w historii Ziemi. Piccolo uśmiechnął się pod nosem. No tak, Vegeta pewnie prędzej dostanie udaru, niż odpuści sobie okazję do trenowania w takich warunkach…

>*<

Mieszkańcy Pepper Town wzdychali z wycieczenia, podczas gdy deszcz promieni słonecznych padał nieubłaganie na ich pochylone głowy i ramiona. Na niebie nie było nawet śladu chmur, a mimo to musieli kontynuować egzystencję i wywiązywać się z codziennych obowiązków zarówno w domu, jak i poza nim. Chociaż, nie dało się ukryć, dużą część ich „egzystencji” w tych dniach zdominowało narzekanie.
- Mówię ci, puszczają mi nerwy. Zaczynamy już z żoną myśleć o przeprowadzce do zamrażalnika.
- Czuję to, stary. Ale nie martw się. Przynajmniej gorzej już być nie może, ha!
I dokładnie w tej samej chwili stało się gorzej.
Coś pojawiło się wysoko na niebie i z ogromną szybkością runęło w dół, wbijając się w samo serce miasteczka. Upadkowi towarzyszył przeszywający uszy świst, a następnie huk, gdy obiekt zanurzył się w oceanie odłamków betonu i szczątków samochodów – tylko tyle zostało z parkingu, który poprzednio znajdował się w tym miejscu. Tego dnia nikt nie spoglądał w rozżarzone niebo. Nikt też więc nie zauważył, co dokładnie runęło im na głowy i zdemolowało pół miejscowości.
W kłębach dymu rozległy się krzyki. Ludzie błądzili, kaszląc, potykając się i szukając siebie nawzajem. Kilku śmiałków i szaleńców zbliżyło się do powstałego po uderzeniu krateru, którego ostre krawędzie szczerzyły się do nich niczym kły jakiejś piekielnej istoty. Pozostali otrząsali się z kurzu i uciekali jak najdalej od tego czegoś, co skutecznie odciągnęło ich myśli od problemów z temperaturą.
Piccolo z impetem wylądował pomiędzy gapiami, wywołując u nich jeszcze większy stres pourazowy i zapewne kilka przedwczesnych ataków serca. Zmarszczył nos i bez wahania ruszył w stronę krateru. Strach malował się na twarzach mieszkańców, gdy obserwowali jego zieloną skórę i pelerynę zniszczenia.
- Hej, on ma turban! To jakiś cholerny atak terrorystyczny!
Gdyby spojrzenie Piccolo mogło zabijać, Pepper Town miałoby już o jednego mieszkańca mniej. Zamiast tego utkwił je w dymie unoszącym się z krateru. Dym ów z każdą chwilą tracił na gęstości i robił się bardziej przejrzysty. Jego oczom zaczął się ukazywać znajomy kształt.
Zatrzymał się w pół kroku i zaklął w myślach.
- Młody człowieku, a cóż to za słownictwo? 
- Zamknij się, Kami – warknął pod nosem i zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. Zacisnął pięści. Nie podobało mu się to, co miał przed sobą. – To kapsuła kosmiczna. Dokładnie taka jak te, których używali poplecznicy Freezera!
Wraz z opadającym dymem mógł zobaczyć poobijaną białą kulę, która leżała na samym dnie wyrwy. Piccolo miał silne i irytujące poczucie déjà vu. Zacisnął dłonie jeszcze bardziej i obnażył kły. Wyczuwał kłopoty wiszące nad jego głową niczym pieprzony miecz Damoklesa, ale kapsuła pozostawała wciąż zamknięta. Może ktokolwiek w niej był, nie przeżył zderzenia ze ścianą betonu… Piccolo zaklął ponownie, tym razem już na głos, gdy właz statku niespodziewanie odskoczył.
Z jego wnętrza wyłoniła się jakaś postać. Rozejrzała się wokoło i po krótkiej inspekcji, bez pośpiechu, zaczęła unosić się w powietrzu. Mimo dzielącej ich odległości i kurzu na wizji, Piccolo mógł dostrzec charakterystyczną zbroję z szerokimi naramiennikami i ogon, który raz po raz wyłaniał się zza pleców przybysza. Uczucie déjà vu wzrosło do poziomu, przy którym Nameczanin miał ochotę zdzielić się w głowę z nadzieją, że to tylko zły sen.
- Mam sto procent pewności, że jesteś przytomny.
- Dziękuję za ten wnikliwy raport, Nail! – Piccolo aż zasyczał ze złości, próbując zwalczyć drżenie ciała. Ci dwaj durnie w jego głowie wyraźnie dobrze się bawili.
Dym w końcu opadł i Piccolo stanął oko w oko z nieznaną mu dziewczyną. W pierwszej chwili jej wygląd zbił go z tropu. Był przygotowany na spotkanie kolejnego saiyańskiego wojownika (ludobójstwa w wykonaniu Freezera jak wiadomo nie były zbyt dokładne), o bujnej czarnej grzywie i posturze, która nawet jego wpędziłaby w zazdrość. Tymczasem przybyszka z kosmosu, poza zbroją i ogonem, w niczym nie przypominała znanych mu Saiyanów. Jej krótkie i asymetrycznie ścięte włosy, tak samo jak sierść na ogonie, były jasne jak u Osiemnastki, a oczy szare jak stal. Na ucho miała założony krwistoczerwony scouter, a noszony przez nią kombinezon bojowy stanowił niemalże identyczną kopię tego, w którym Vegeta po raz pierwszy odwiedził Ziemię. Jedynymi różnicami zdawały się być bardziej kobiecy krój i czarny materiał zakrywający ręce i nogi.
Piccolo zaczął główkować. Nie sądził, że dziewczyna ukazała mu się pod postacią Super Saiyanina. Kiedy Goku, Gohan czy choćby Trunks przechodzili transformację, ich poziom energii podskakiwał do tego stopnia, że ukrywanie go było praktycznie niemożliwe. Nawet jeśli znikała elektryzująca aura, coś w ich postawie i nastawieniu zdradzało stłumiony potencjał. Nieznajoma natomiast była niepozorna, drobna i chociaż bezsprzecznie należała do rasy Kosmicznych Wojowników, na pierwszy rzut oka nie robiła na nim większego wrażenia. Skoro Trunks jako mieszaniec mógł mieć inny kolor włosów niż reszta Saiyanów, to najpewniej nie był odosobnionym przypadkiem.
Obserwowali się przez chwilę w milczeniu i kompletnym bezruchu. Piccolo odniósł wrażenie, że Saiyanka kogoś mu przypomina. W końcu uniosła rękę do ucha, zaczynając wciskać przyciski na swoim scouterze. Nameczanin widział cyfry i literki pojawiające się w migawkach na szkiełku, a złośliwy uśmiech wylał mu się na twarz. Najwyraźniej te kosmiczne dupki ciągle jeszcze nie przyjęły do wiadomości, że Wojownicy Z potrafią zaniżyć poziom mocy. Scouter pokazał wynik i wstrzymał pracę, a wzrok dziewczyny znalazł drogę powrotną do Piccolo. W następnej chwili przemówiła do niego w języku, którego z początku nie poznał. Moment olśnienia przyszedł dopiero gdy skojarzył, że to dokładnie ten sam dialekt, w którym Dende przyzywał Porungę.
- Nie znam tak dobrze nameczańskiego.
Dziewczyna uniosła brwi. Cholera, naprawdę mu kogoś przypominała!
- Huh? – Jej głos był zachrypnięty. Zaraz znowu zaczęła coś wystukiwać na scouterze. – Ach, no tak. Ty musisz być Piccolo.
Zapytałby się jej skąd u diaska cokolwiek o nim wie, ale od czasu przygody z Doktorem Gero w roli główniej takie rzeczy już go nie zaskakiwały.
- Zgadza się.
- To dobrze. – Uśmiechnęła się do niego uśmiechem, w którym nie było ani krzty ciepła. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa. Już wiedział dlaczego wydała mu się znajoma. – Więc jestem dokładnie tam, gdzie chciałam być. Nie spodziewałam się, że spotkam któregokolwiek z was tak szybko. Myślałam, że będę musiała specjalnie ściągnąć na siebie uwagę.
- Ale… K-kim ty jesteś?! I czego tutaj chcesz?!
Piccolo zgrzytnął zębami. Głupi Ziemianie, nigdy niezdający sobie sprawy z powagi zagrożenia! Gdyby mieli choć za grosz zdrowego rozsądku, to już dawno by ich tutaj nie było! Pytanie od jednego z gapiów zainteresowało dziewczynę i odwróciła się w jego stronę. Teraz Nameczanin mógł zobaczyć trzy dłuższe pukle włosów, które były zapuszczone tuż przy jej karku i tam też dokładnie związane.
- Mam na imię Ttuce. Przybyłam, żeby odwiedzić brata. – Im dłużej się uśmiechała, tym bardziej Piccolo miał ochotę wiać. – Może mógłbyś mi pomóc, mały Ziemianinie?
- Mały Ziemianinie? Co za śmieszne określenie. Nie wiesz gdzie mieszka twój brat?
- Niestety nie. Muszę wyznać, że jest to moja pierwsza wizyta na tej planecie.
Wydawała się być odprężona, ale Piccolo nie nabierał się tak łatwo. Wyczuwał jej rosnącą energię i wiedział już kim jest ów brat. Nie miał też najmniejszych wątpliwości, że za minutę lub dwie Ttuce rozpęta piekło na ziemi, a on nie będzie mógł nic zrobić, żeby temu zapobiec.
- Zawsze możesz do niego zadzwonić!
- Ach. – Ttuce zamknęła oczy i poruszyła się w powietrzu. Ogon owinął się wokół jej talii jak oswojony wąż. – Tak właśnie zrobię.
Jak na komendę Piccolo odwrócił się do niej plecami i rzucił na oślep w przód, tym samym ratując sobie życie. Zaraz potem złota aura zalała wszystko w jego polu widzenia, a potężna eksplozja energii ki ostatecznie zmiotła Pepper Town z powierzchni Ziemi.
- SŁYSZYSZ MNIE, BRACIE?!
Szaleńczy śmiech Ttuce wypełnił powstałą po wybuchu próżnię. Piccolo wypluł piach i uniósł się na kolana. Czuł strużki potu spływające mu po karku. Miał szczęście, że nie przygniótł go żaden z powalonych budynków. Otarł usta wierzchem dłoni i obejrzał się przez ramię. Ttuce wciąż unosiła się w powietrzu, otoczona złotym* światłem, które przed chwilą najpewniej przyczyniło się do śmierci całej populacji miasteczka. Uśmiechała się jak dziecko na Halloween i spoglądała Piccolo prosto w oczy. Jej ogon był znów w powietrzu, cały napuszony i poruszający się w ekscytacji.
Goku niech się lepiej kurwa pośpieszy

*Złota aura w pierwotnej formie (a aura innego koloru po przemianie w SSJ) jest zabiegiem w pełni świadomym i celowym. Wyjaśnienie pojawi się w dalszych rozdziałach.


6 komentarzy:

  1. Jaaaaaaaaa! Super! Jesem pod wielkim wrażeniem i nie mogę uwierzyć, że nikt tego nie przeczytał poza mną. Jak dla mnie lepiej nie mogłaś rozpocząć tej historii, aczkolwiek bardzo brutalnie :P Ttuce jest wredna, pewna siebie i potężna. To musi być siostra Vegety, no chyba, że jakimś cudem należy do rodziny Goku (gdzie on sam był wrednym popaprańcem jakby nie upadek na główkę) Jednak nie rozumiem koloru oczu i włosów, ale to na BANK cel zamierzony i po jakimś czasie go wyjawisz ;P Hehe. Nie mogę się do niczego przyczepić. Nic tylko czytać kolejny odcinek! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No no. Ja też jestem naprawdę zaskoczony tą historią. Jednak nie tylko ty to przeczytałaś Kill-all, tylko też ja. Twoja znajoma napisała do mnie poprzez komentarz u mnie na blogu, dzięki czemu mogłem zacząć czytanie jej opowiadania. Moim zdaniem, dobra robota, jestem naprawdę ciekaw dalszej fabuły. Ale kto może być jej bratem? Zapewne Vegeta albo już martwy Turles, no nic zobaczymy. :D

      Usuń
  2. Witam, tym razem u Ciebie :) jak widać, dopiero zaczynam się zagłębiać, ale już parę razy się uśmiałam - niezwykle trafne przedstawienie Piccolo, a jeszcze te głosy w jego głowie... biedny i zagubiony jak zwykle. :D
    ciekawość rośnie, czytam dalej ^ ^

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie mruuuu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać. Opisy masz genialne, a do tego nie raz się szerzej uśmiechnęłam ;). Ttuce wydaje się bardzo interesującą postacią, widać że babka ma charakterek, a odmienny od jej rasy wygląd jest wręcz intrygujący. Choć ostatnio wolego czasu mam tyle, co kot napłakał, to postaram się nadrobić resztę rozdziałów jak najprędzej, bo wygląda na to, że w końcu natrafiłam na ciekawe i przy tym naprawdę świetnie napisane opowiadanie z tego uniwersum :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, jak mi miło! Dziękuję. Mam nadzieję, że reszta lektury również Ci się spodoba. :) Starałam się zrobić z Ttuce jak najbardziej wyrazistą postać. Mimo że DBZ ma kilka fajnych i konkretnych bohaterek, to i tak zawsze odczuwałam pewien niedosyt pod tym względem. Tak więc koniec końców postanowiłam się wyżyć. ^^

      Usuń