czwartek, 18 czerwca 2015

13. Turn your back on mother nature


Minęły długie tygodnie zanim Raditz przekonał Ttuce do tego, żeby mu choć trochę zaufała. W procesie tym uwzględniono dużo prychania, jeszcze więcej przeklinania i przepychania, a wszystko to po kątach i ukradkiem, żeby załoga bazy o niczym się nie dowiedziała. Tytuł najbezpieczniejszego miejsca spotkań został w końcu przyznany magazynowi broni, w którym w ostatnim czasie pracował wyłącznie ukarany za nieposłuszeństwo Saiyanin.
Raditz splunął na dłoń i palcem zmieszał ślinę z papką z liści.
- Ugh, to obrzydliwe! Co ty właściwie robisz?
- Siedź cicho. Matka nakładała mi to na siniaki i zadrapania, gdy byłem mały.
- Chyba nie zamierasz…!
- Zamierzam. – Raditz rozsmarował zieloną breję na jej czole.
Ttuce skrzywiła się i zacisnęła powieki. Obiema rękami przytrzymywała grzywkę uniesioną do góry, żeby w żadnym razie nie weszła ona w kontakt z medycyną alternatywną w interpretacji Raditza. Niekonwencjonalna maść była chłodna w dotyku i w jakiś sposób przynosiła jej uczucie orzeźwienia. Kiedy Ttuce przezwyciężyła już niechęć do pomysłu, jak i faktu posiadania cudzej śliny na twarzy, rozluźniła się i zaczęła doceniać magiczne właściwości leku.
- Co to za roślina? – spytała, wciąż nie otwierając oczu. – Pachnie bardzo intensywnie… – W odpowiedzi poczuła jak wargi Raditza przyciskają się do jej. Momentalnie zjeżyła się i puściwszy włosy, odepchnęła go od siebie z całych sił. W wyniku uderzenia Raditz z łoskotem wylądował pod przeciwległą ścianą pomieszczenia. Dopiero po chwili podźwignął się ze śmiechem na nogi i rozmasował tył głowy, którym zarył o podłogę. – Co ty sobie wyobrażasz?!
- Pomyślałem, że należy mi się jakaś nagroda – odparł szelmowsko.
- Jestem twoją księżniczką, pajacu! – Zeskoczyła z kontenera. Ogon zamiótł podłoże, poruszając się nerwowo za jej plecami. – A ty jesteś nikim! Jak śmiesz?!
- No, no, nie rozkręcaj się. To był tylko żart. – Raditz uśmiechnął się zawadiacko i uniósł palec wskazujący do góry. – Jesteś moją księżniczką, a nawet nie wiesz jakiego zioła użyłem, żeby cię uleczyć! Pozwól, że rzucę trochę światła na tę kwestię – pochodziło z Vegetasei i jest nie do zdobycia na jakiejkolwiek innej. Zużyłem na ciebie część mojego cennego zapasu, więc chociaż udawaj wdzięczność.
- Nie zamierzam – warknęła, podchodząc do niego z zaciśniętymi pięściami.
- Wiesz, z tą zieloną twarzą naprawdę mnie nie wystraszysz…
- Nie prosiłam cię o pomoc, więc nie oczekuj niczego w zamian! Nie myśl sobie, że jesteś mi do czegokolwiek potrzebny! Narzucasz się.
- Dobrze wiedzieć na przyszłość! – Przez krótką chwilę wyglądał jakby miał do niej żal, ale potem uśmiech znowu wykwitł na jego twarzy. Tym razem jednak zimny, tak samo jak oczy. – Maść powinna zaraz zacząć działać. Po bliznach nie będzie śladu. – Uniósł obie dłonie, a Ttuce zobaczyła, że pokryta resztkami zielonej papki skóra, jeszcze niedawno zdeformowana poparzeniami, była już praktycznie wygojona. – Nie chciałem cię urazić tym pocałunkiem.
- Spierdalaj.
Raditz zgrzytnął zębami. No dobrze, sam miał nierówno pod sufitem, ale ta kobieta go przerastała.
- Chyba nie uznałaś, że będę chciał zaciągnąć cię do łóżka w ramach podziękowania za pomoc?! To był tylko buziak, do licha! Zejdź z piedestału! – Nagle go tknęło. – Zaraz… Chodzi ci o mój status?
Ttuce uśmiechnęła się i zbliżyła do niego na niebezpiecznie małą odległość. Spojrzała mu z dołu w oczy; głęboko i sięgając do samego dna duszy.
- Zgadnij, plebsie. Nie dla psa kiełbasa. – To powiedziawszy machnęła ogonem tuż przed jego nosem i wyszła z magazynu. Tej nocy Raditz rozwalił więcej kontenerów niż wcześniej dał radę uporządkować, a Ttuce nawet nie zmrużyła oka.
Nie potrzebowała tego mięczaka z trzeciego sortu. Jeśli o nią chodziło, to Raditz mógł zniknąć, zginąć, przepaść i nawet by się tym nie zainteresowała. Nie chciała jego pomocy, wsparcia i obecności. Była księżniczką wszystkich Saiyanów, a nie damą w opałach, do licha ciężkiego! Całe życie radziła sobie sama i zawsze powstawała jak feniks z popiołów. Fakt, że jeden jedyny raz przyjęła czyjąś pomoc, nie zobowiązywał jej do nagłej zmiany ducha. Nie zamierzała się wiązać, przywiązać, dać uwiązać ani uzależnić. Duma była cenniejsza – jedyna stała rzecz w życiu.
Nieświadomie przytknęła opuszki palców do warg. Tylko dlaczego nie mogła zasnąć?
Następnego dnia owa owiana mroczną sławą duma zawiodła ją z powrotem w stronę magazynów. Zamierzała powiedzieć Raditzowi raz jeszcze, dobitnie i tak by tym razem nie pozostawić żadnych wątpliwości, że ma wypieprzać na kosmiczne drzewo banany prostować (aczkolwiek planowała użyć bardziej elokwentnych słów i metafor). A przynajmniej iść do Beerusa i już nigdy więcej nie wracać. Była też gotowa obić mu twarz i tyłek, by tym samym podkreślić puentę i zamysł całej wypowiedzi. Nie mieli jeszcze okazji walczyć na poważnie, ale Ttuce nie miała też najmniejszych wątpliwości, że Saiyanin nie stanowi dla niej wyzwania. Mogła go zabić skinieniem jednego palca i ta myśl bardzo jej się podobała.
Ku zdziwieniu Ttuce, przepastną halę przeznaczoną na magazyn wypełniał dźwięk dwóch głosów. Raditz z kimś rozmawiał. Zauważyła, że nie brzmiał tak jak zwykle – tak jak w jej towarzystwie. Był zirytowany i znudzony. Jego zawadiacki urok zdawał się gdzieś wyparować i zostawić po sobie skamielinę zgorzkniałego osobnika. Ttuce wykorzystała wszędobylski półmrok i ukryła się pomiędzy kontenerami. Pobyt na planecie Freezera numer 105 nauczył ją, że każda plotka ma swoją cenę w złocie.
- Tkwisz tutaj już dwa miesiące. Jeśli o mnie chodzi, to możesz spływać. Gdzie jest reszta twojego oddziału?
- Nie wiem, dawno się z nimi nie kontaktowałem. Może powinienem…
- Nikt cię tutaj nie trzyma. Rób jak uważasz.
- Jasne. Porozmawiam z Vegetą i Nappą.
Patrolujący kosmita z bazy przeszedł obok miejsca, w którym kryła się Ttuce, i udał się w kierunku wyjścia. Musiał uznać obchód za skończony. Ttuce przygryzła dolną wargę, czując jak desperacja uderza ją w twarz z siłą saiyańskiego sierpowego.
O nie, nie, nie. Pieprzyć dumę, pieprzyć dumę, PIEPRZYĆ DUMĘ!
Wypadłszy z ukrycia jak pocisk, złapała Raditza gwałtownie w pasie i wtuliła nos w jego bujną grzywę. Saiyanin obejrzał się przez ramię ze zdumieniem, nie widząc i nie do końca wiedząc, co takiego się na nim uwiesiło. Gdy chciała, Ttuce przemieszczała się niemal z prędkością światła.
- Nie! Odwróć się z powrotem. Nie patrz na mnie. – Raditz zaraz wykonał polecenie, a Ttuce odetchnęła. – Nie wyjeżdżaj.
- Słucham?
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał. Nie mogę znowu zostać tu… sama. – Przełknęła ślinę i objęła go mocniej. Nigdy nie byłaby w stanie powiedzieć mu tego prosto w twarz. – Ja… Uch.
- Nie możesz beze mnie żyć? – Po jego głosie poznała, że się uśmiecha.
- Uhm… Nie to miałam na myśli.
- Straciłaś dla mnie głowę i jesteś gotowa porzucić królewski tytuł, by związać się z człowiekiem plebsu?
- Raditz…
- Kochasz mnie z całego skamieniałego serducha?
- Nie przeginaj, kurwa mać! – Puściła go i odsunęła się. Raditz spojrzał na jej naburmuszoną minę i zachichotał.
- Jesteś urocza jak się złościsz… Tylko żartowałem, żartowałem! – krzyknął, gdy Ttuce wystartowała do niego z pięściami. – Chciałem ci powiedzieć, że po tym, jak wyruszyłem na misję z Vegetą, mój status uległ zmianie. Już tylko jedna ranga dzieli mnie od elity.
- Tak naprawdę wcale nie obchodzi mnie twój status. Nasza planeta nie istnieje. – Przewróciła oczami i westchnęła. – Tak mi się tylko wymsknęło. To była wygodna wymówka…
- Uciekłabyś ze mną?
- Że co? – Ttuce potrząsnęła głową i spojrzała na niego jak na wariata. – Poczekaj, bo nie mam pewności, czy nadal jesteśmy na tej samej stronie. Co ty właściwie proponujesz?
Raditz złapał ją ogonem w pasie i przyciągnął do siebie jednym silnym ruchem. Gdy tylko znowu otworzyła usta, by zacząć pyskować, pocałował ją mocno, prawie miażdżąc jej wargi. Ttuce zamrugała, zszokowana jego bezczelnością. Nawet nie wiedziała jak zacząć go od siebie odpychać. Straciła oddech, a wtedy Raditz zaraz się od niej oderwał.
- Pytałem, czy chciałabyś stąd ze mną uciec. Myślimy o tym, by zbuntować się przeciwko Freezerowi i wypowiedzieć mu wojnę.
- Myślimy? Kto? – spytała drżącym głosem.
- Vegeta, ja… i ty.
- W trójkę na pohybel Kosmicznym Piratom, organizacji i Freezerowi? – Ttuce była bardziej zbita z tropu tą propozycją niż wcześniejszym pocałunkiem.
- Może dołączy do nas Nappa. Jest też mój młodszy brat, którego co prawda muszę najpierw odnaleźć, ale na pewno przekonam go do współpracy. W piątkę będziemy dla Freezera dużym zagrożeniem. On zawsze bał się tego, że Saiyanie zjednoczą siły i odmówią mu posłuszeństwa.
Raditz przesunął kciukiem po wygojonym czole Ttuce. Jego ogon pozostawał zaciśnięty na talii Saiyanki, trzymając ją w miejscu z zaborczością, ale i czymś, co stanowiło niekrytą nutę desperacji. Potrzebował jej. Ttuce czytała w oczach Raditza jak w otwartej księdze – był więcej niż pewny, że im się uda. Że rzeczywiście dadzą radę uciec i zmierzyć się z potęgą imperium Freezera. Że przetrwają i zaczną życie na nowo, z dala od koszmaru armii i cieni rzucanych przez tyrana. Jedno słowo Ttuce miało być tym, co dałoby mu ostateczny impuls i pchnęło go do działania. Miała być jego motywacją.
Ttuce zwilżyła wargi koniuszkiem języka i podjęła decyzję. Jej ogon owinął się ostrożnie wokół uda Raditza.
- Muszę ci coś pokazać.

>*<

Ciało Vegety jaśniało na niebie niczym Krzyż Północy. Świetliste snopy ki przebiegały przez jego sylwetkę i rozciągały się w powietrzu, podczas gdy kumulowana przez niego energia przeganiała chmury i przesłaniała słońce. Wyładowania elektryczne godziły w ziemię, wbijając się w nią i siejąc jeszcze większe spustoszenie w zdewastowanej wcześniejszą walką okolicy. Kamienie unosiły się w powietrzu, podłoże drżało, a powietrze smagało twarze zgromadzonych w ogrodzie wojowników. Matka natura bała się potęgi Vegety i ustępowała przed nim, dając mu władzę nad niebem i ziemią. Kakarotto uśmiechał się jak dziecko na widok prezentów pod choinką.
- FINAL FLASH!
Niszczycielski pocisk ki pomknął w stronę Kakarotto. Vegeta włożył w niego całego siebie – dużo za dużo, by mieć nadzieję na to, że po wszystkim da jeszcze radę utrzymać się na nogach. Już dawno porzucił ideę walki wręcz. W starciu z Saiyaninem trzeciego poziomu jego ciosy były niczym uderzenia skrzydeł muchy o skorupę żółwia. Świetlista kula sunęła do młodszego mężczyzny niczym spadająca gwiazda, z każdą chwilą przybierając na mocy i stopniowo oświetlając wykrzywioną w szaleńczym grymasie twarz i oczy, które nie wyrażały nic poza czystą ekstazą.
Kakarotto zbił pocisk kantem dłoni, gdy ten miał już dosięgnąć celu, i posłał go w sąsiednie zabudowania, skazując je na zagładę. Ziemia zatrzęsła się po raz ostatni w proteście, a Vegeta opadł z sił wraz z kurzem i dymem. Unosił się wciąż w powietrzu, ale coraz chwiejnej i pochylał się, z ramionami zwieszonymi bezwładnie po bokach. Drżał na całym ciele z wycieńczenia, a umysł zaprzątała mu myśl o tym, czy okoliczni mieszkańcy aby na pewno zdążyli uciec przed tym kataklizmem, który stanowił on sam w zestawieniu z Kakarotto. Vegeta czuł jak energia Super Saiyanina przecieka mu przez palce. Jego włosy migotały, wahając się między złotem i czernią. Obrażenia i stopień wyczerpania zmuszały go do powrotu do pierwotnej formy, ale zaciekłość i duma przesłaniały zdrowy rozsądek, nakazując walczyć do ostatniej kropli krwi i potu.
Kakarotto teleportował się i pojawił tuż przed nim, z uwięzioną w dłoniach błękitną kulą energii. Rozsunął palce zupełnie jakby otwierał muszlę, a jej perła ugodziła Vegetę w klatkę piersiową. Po raz kolejny podczas tego starcia książę runął niemal niekontrolowanie w dół, na spotkanie ze wzburzonym gruntem i oceanem ostrych kamieni. Jego włosy na powrót zrobiły się czarne, a energia wyparowała wraz z ostatnim oddechem, który zaczerpnął do jeszcze nieprzebitych żebrami płuc. Powieki zamknęły się wbrew woli Saiyanina, a ręce uniosły jak w stanie nieważkości, gdy zbliżał się w stronę ziemi. Śmierć taka jak każda inna.
Lądowanie nie było nawet w połowie tak bolesne jak zakładał. Czuł czyjeś dłonie i silne ramiona, podtrzymujące jego ciężar. Ktokolwiek złapał go przy tej prędkości spadania, na pewno mógł zwijać się teraz w cierpieniu. Vegeta nie należał do najcięższych, ale wysokość dodawała ciału kilka ton. Włożył dużo wysiłku w to, by znowu otworzyć oczy. Na początku obraz był rozmazany, ale poznał kontur majaczącej nad nim twarzy. Kakarotto? Nie, niemożliwe…
- Gohan – wycharczał. Ciało i umysł wyły w proteście, ale Vegeta mrugał raz za razem, próbując odzyskać jasność widzenia. Czuł, że jego płuca wypełniają się krwią. Jak długo da radę oddychać? – Nie wtrącaj się w to!
- Jesteś poważnie ranny, uspokój się! – Chłopak przytknął coś do ust Vegety. – Połknij, szybko...
Chrupot kości i huk uderzenia wstrząsnął Vegetą do głębi. Gohan krzyknął z bólu, puszczając go, a w nagłym podmuchu energii starszy Saiyanin uderzył o coś twardego i oprócz krwi, poczuł w ustach także piasek. Spotkanie z ziemią wniosło tylko tyle dobrego do sprawy, że wzrok zaczął z nim wreszcie współpracować. Uniósł twarz i zobaczył Kakarotto, stojącego tuż obok zwijającego się Gohana. Butem miażdżył dłoń, w której jego syn ściskał fasolkę Senzu. Okulary chłopaka leżały rozbite między kamieniami i kępkami trawy.
- Ty popaprańcu. – Vegeta jak w transie zaczął się podnosić.
- Chyba nie liczyłeś na to, że pozwolę im cię uzdrowić, żebyśmy ciągnęli to w nieskończoność? – spytał z przekąsem. – Nie tym razem, Vegetko. Tym razem walczymy na poważnie, bez pomocy osób trzecich.
- Zostaw dzieciaka – warknął, stając na nogach ugiętych w kolanach. Krew zalała mu oczy, a ból w klatce piersiowej sprawiał, że miał ochotę rwać włosy z głowy. Trudności w oddychaniu wprawiały jego umęczone ciało w jeszcze częstsze konwulsje.
- Ależ, oczywiście, że zostawię. – Znowu ten paskudny uśmiech. Kakarotto chciał krwi. – Nie musisz być zazdrosny, Vegetko. Zaraz go zabiję, a moja pełna uwaga znowu będzie należeć tylko i wyłącznie do ciebie. – Docisnął podeszwę buta do nadgarstka Gohana, ale nim rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie, Vegeta rzucił się na niego, chwytając go w pasie i powalając na ziemię.
Zaczęli się szamotać: Kakarotto wciąż w swojej trzeciej transformacji, a Vegeta w pierwotnej formie, trzymając pełną garścią jego włosy i dusząc go wolną ręką. Młodszy Saiyanin wybałuszał oczy, nie rozumiejąc skąd w Vegecie bierze się siła na to, by choć przez chwilę utrzymać potężniejszego przeciwnika przy ziemi. Vegeta leżał na nim całym ciężarem ciała, trzymając się tak, jakby gdyby Kakarotto był kołem ratunkowym na rozszalałym morzu. Więził go pod sobą z całą furią, jaka mu pozostała, bo rezerwy siłowe całkiem się już wyczerpały. Żyły pokrywały białka oczu, a z gardła wyrywał się zwierzęcy warkot. Jego paznokcie wbijały się w skórę na gardle Kakarotto i toczyły z niego krew.
- To twój naturalny instynkt, by chronić przedstawicieli swojego gatunku? – wydusił Kakarotto, odzyskując pewność siebie i nie przestając się szamotać. – Jak tak o tym myślę, to zawsze broniłeś Gohana, a Gotena nawet trenowałeś. A może po prostu wchodzisz w buty Goku? Próbujesz go zastąpić na stanowisku strażnika tej planety?
Nim Vegeta zdążył ustosunkować się do tych słów, pocisk energii wystrzelony prosto w jego brzuch odrzucił go w powietrze. Kakarotto doścignął Vegetę w przestrzeni i znokautował serią celnych ciosów z pięści i kolana. Książę zmieniał się powoli w worek treningowy i Kakarotto zaczynał się nudzić. Schwycił go za włosy i pozwolił, by zawisł w ten sposób, nadal uwięziony wysoko nad ziemią i zdrętwiały z bólu.
- Pora skończyć tę zabawę, Vegetko. Nie jesteś niczyim herosem. Nie miej co do tego żadnych wątpliwości.
Sylwetkę Kakarotto na powrót otoczyła czerwona łuna energii. Tym razem była ona jednak inna, zarówno w odcieniu jak i gęstości. Vegeta od razu wyczuł różnicę. Uchylił sklejone krwią powieki i poczuł, że serce staje mu w gardle. Włosy Kakarotto przybrały na szkarłatnej barwie, podobnie jak jego brwi i źrenice. Ki stała się niewyczuwalna. Nie było już śladu po masie mięśniowej Super Saiyanina trzeciego poziomu. Teraz Vegeta stał oko w oko z Saiyańskim Bogiem. Kiedy Goku zmienił się po raz pierwszy, podczas starcia z Beerusem, książę pomyślał, że wygląda całkiem niegroźnie. Teraz jednak wiedział, że ma do czynienia zarazem z prawdziwą potęgą, jak i złem wcielonym.
- Zdziwiony? Odkąd posiadłem tę formę, nie potrzebuję już pomocy innych, by się przemienić. – Grzywa w kształcie liści palmy falowała, smagana boską energią. Vegeta czuł, że zaraz zwymiotuje. – Widzę, że nie masz już nic do dodania. Skoro nawet słowa cię opuściły, to znaczy, że przegrałeś. Bądź teraz cicho i delektuj się widokiem. Zamierzam odebrać moją nagrodę.
Iskra prądu przebiegła po kręgosłupie Vegety i odezwało się kłucie w sercu. Nie wiedział czy to fragment żebra toruje sobie do niego drogę, czy skrajne wyczerpanie organizmu po raz kolejny daje o sobie znać. Zarejestrował ból i niemożność wykonania polecenia, jakie wydał swojemu ciału. A potem ruszył do dzieła.
W zaciśniętej dłoni Kakarotto pozostało kilka kruczoczarnych włosów, gdy Vegeta bez słowa czy choćby jednego dźwięku wyrwał się z pułapki. Niebieska energia rozbłysła wśród dymu i ognia niczym pochodnia. Vegeta wyminął świetlistą dawkę ki, którą Kakarotto posłał w kierunku tego, co jeszcze zostało z West City. Czymkolwiek było to, co pchało Vegetę naprzód i pozwalało mu na przekraczanie granic, spotkało swoje przeznaczenie chwilę później, gdy Saiyanin zatrzymał się i rozłożył ręce na boki. Niebieska łuna utworzyła barierę, osłaniając budynki i ulice, a Vegeta przyjął na twarz całą siłę boskiego ataku.
Gdzieś w dole ktoś krzyknął i w ostatnich chwilach świadomości myśli Vegety pobiegły znów w stronę Gohana. Niebieska energia stężała i stała się niemal granatowa, wibrując i przerzedzając się od siły wrogiego uderzenia. Vegeta pozwalał, by moc wylewała się z niego strumieniami. Wiedział, że gdy otaczająca go łuna zniknie, nie zostanie mu już nic więcej. Nic więcej, by wziąć kolejny oddech. Saiyańska zbroja popękała i rozpadła się na kawałki, odsłaniając jego ciało i strzępy kombinezonu.
Chwila zderzenia i opór Vegety trwały zaledwie kilkanaście sekund, nim pocisk Kakarotto wreszcie przedarł się przez energetyczne bariery i dosiągł serca oporu. Mimo to książę miał wrażenie, że upłynęła cała wieczność. Czuł na twarzy łaskotanie znajomych kosmyków włosów, a dwa jeziora oczu przesłoniły wszystko inne.
Od kiedy śmierć miała twarz Bulmy?
Niebieska energia zgasła jak zdmuchnięty płomień zapałki, a Vegeta poczuł, że obejmują go ukochane widmowe ramiona.
Znowu pomalowała paznokcie na czerwono...
Eksplozja, która wtedy nastąpiła, pozostawiła naocznych świadków ogłuszonych, a miasto w kompletnej ruinie. Vegeta ocalił mniej niż chciał, ale i tak więcej niż Kakarotto byłby skłonny założyć. Gdy opadł dym, z niesmakiem wylądował obok poszarpanego ciała przeciwnika i trącił je butem. Vegeta poruszył się jak kukiełka – pusta, wydrążona i bez ducha.
- Niesamowite. Kto by pomyślał? – Kakarotto przekrzywił głowę, przyglądając się nieruchomej sylwetce. – Skąd w tobie taka siła? Czyżbyś jednak prześcignął Goku?
Przystawił dwa palce do czoła i nim wroga pięść dosięgła jego policzek, zniknął z powierzchni Ziemi. Gohan wrzasnął i opadł na kolana obok Vegety, zanurzając się w grzęzawisku dymu, błota i krwi. Wcześniej Kakarotto dał radę pokonać go serią ciosów, której wzrok chłopaka nawet nie zarejestrował. Tępy ból w zmiażdżonej dłoni trzymał go przy świadomości równie mocno co wściekłość, strach i żal do samego siebie. Dlaczego porzucił trening? Dlaczego z najsilniejszego wojownika stał się w końcu zbędnym balastem? Jak mógł na to pozwolić?
Dłoń Krillana zacisnęła się na jego ramieniu. Tylko on odważył się podejść do rannego wilka i zaoferować mu pomoc.
- Wiesz, gdzie poleciał?
- Za Ttuce. – Gohan wbił zdrową pięść w ziemię. Umysł półkrwi Saiyanina pracował jasno jak nigdy. – I za chłopcami.

>*<

- …odejście od umowy i niedotrzymanie terminu przekazania planety Sands jej nowym właścicielom, a także zniszczenie cudzego mienia, czyli również rzeczonej planety, a następnie niewniesienie stosownych wyjaśnień i brak prób zainicjowania rekompensaty w ściśle określonym przez regulamin czasie…
- Uch. – Ttuce pomasowała skronie.
Potworności, okropności, potworze przebrzydły, któremu kac na imię! Nie mogła uwierzyć, że właśnie teraz dopadła ją taka żenująca przypadłość. Monotonny głos przemawiającego i maniera, przez którą w swej wypowiedzi omijał wszelkie znaki interpunkcyjne i pauzy, tylko pogarszały ból głowy, który dręczył Ttuce. Szturchnięcie w ramię przywróciło Saiyankę do rzeczywistości. Uniosła powieki i kątem oka spojrzała na pochyloną konspiracyjnie Ish.
- Co znowu?
- Dobrze się czujesz? – szepnęła kosmitka, a jej czarne dredy zadyndały Ttuce przed nosem.
- Jestem Saiyanką i nic co z alkoholem nie jest mi obce. – Uśmiechnęła się do niej półgębkiem. – Poczuję się lepiej, jak tylko ten stary pierdziel skończy wreszcie przynudzać.
Od ścian pomieszczenia odbiło się głośne chrząknięcie. Ttuce poderwała głowę i poprawiła się na siedzisku, z którego zjechała już prawie pod stół. Jako prezes Kosmicznej Organizacji Handlu siedziała na samym jego szczycie, z Ish i Greipem stojącymi po bokach. Jedno z ramion ławy zajęte było przez członków rady nadzorczej, a drugie przez przedstawicieli rasy Trashian. Na drugim końcu stołu i tuż naprzeciwko Ttuce, miejsce zajmował ów pierdziel, czyli najstarszy przedstawiciel ugrupowania, który kodeks i regulaminy handlu wchłonął razem z mlekiem matki. Ttuce również odchrząknęła. Nie musiała ukrywać, że nie jest w formie. Wszyscy to widzieli.
Trudno było stwierdzić, czy Trashian bardziej rozjuszyła utrata Sands, czy lekceważące podejście Ttuce do problemu. W każdym razie ich pełne złości spojrzenia sprawiały, że Ish i Greip przestępowali z nogi na nogę. Trashianie byli rasą śmieciarzy. I wcale nie mowa tu o niedbałym stylu bycia, a o zawodzie, w jakim się spełniali. Tak jak Saiyanie stanowili rasę wojowników, tak Trashianie spędzali życie na zakładaniu i prowadzeniu wysypisk śmieci. Zajmowali wymarłe planety (a czasem i takie zamieszkałe – siłą lub polubownie) i przekształcali je na śmietniki, z których chętnie korzystały inne rasy, przekazując im odpady za sowitą opłatą. Trashianie zasypywali każdą planetę aż po granice atmosfery, a następnie porzucali ją i szukali nowej. I tak kosmos zapełniał się kolejnymi śmietniskami, a Trashianie zbijali kokosy. Ttuce nie należała do zwolenników tych praktyk i uważała, że zamiast bezsensownie zaśmiecać kolejne światy, Trashianie powinni wreszcie opracować sposób likwidowania odpadków. Taki tok myślenia oczywiście nie przysporzył jej fanów pośród członków trashiańskiej rasy. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że insynuacje Ttuce godzą w ich wiekową tradycję.
Trashianie oprócz brzydkich praktyk odznaczali się również niesympatyczną aparycją. Dolne kły przeciętnego przedstawiciela rasy wystawały dużo ponad wargi i prawie krzyżowały się pod nosem – im dłuższe i bardziej zakrzywione, tym wyższy status społeczny. Twarze trashiańskich osobników w całości porośnięte były kędzierzawymi włosami, a ich źrenice wyglądały na niemalże przezroczyste, zlewając się z białkami. Trashianie śmierdzieli i brali pieniądze za nic. Ttuce gotowała się na samą myśl o tych kreaturach, a przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu doprowadzało ją do białej gorączki, ale – klient nasz pan.
- Przyznajesz się do zarzucanych ci wykroczeń?
- Żartujesz? – Ttuce prychnęła, odrywając w końcu wzrok od szczerzących na nią kły Trashian i wbiła go w starca naprzeciwko. – Nie ja wysadziłam tę planetę. Sama wybuchła, wspomagana przez stado rebeliantów. Zostałam zaatakowana…
- Twoi wrogowie nie są naszym problemem! Naszym problemem jest śmietnisko, które nie istnieje! – Przywódca Trashian uderzył pięścią w stół.
Ttuce zmrużyła oczy i wstała. Przez salę przebiegł niespokojny szmer. Saiyanka poczuła dłoń Greipa na swoim ramieniu, ale zaraz ją strąciła. Zmierzyła spojrzeniem kolejno każdą z osób, zasiadających przy stole.
- Nie mam zamiaru się tłumaczyć. Sands zniknęła z galaktyki i musicie się z tym pogodzić. – Jej ciało otoczyła złota aura. Ogon trzasnął w powietrze niczym bicz. – Jeśli ktoś uważa inaczej albo powątpiewa w moje intencje, to zapraszam na zewnątrz. Rozwiążemy konflikt od razu, nim przyjmie formę zbrojną. Reszcie natomiast proponuję polubowne wysłuchanie ofert, które ma do przedstawienia Ish. Jestem pewna, że w naszym katalogu znajdzie się jakaś inna planeta o równie pociągających atrybutach i korzystnej cenie, która was zainteresuje. – To powiedziawszy odepchnęła krzesło i opuściła salę, pozostawiając zebranych w ciszy i cieniu grozy wybuchu, do którego ostatecznie nie doszło. Ttuce naprawdę była nie w formie.
Siedziba Kosmicznej Organizacji Handlu mieściła się w twierdzy o charakterystycznym dla imperium Freezera kształcie i o kolorze kości słoniowej. Planeta Chilled numer 66, którą przekształcono specjalnie tak, by pełniła funkcję trudnej do zdobycia fortecy i swoim kamienistym terenem chroniła centrum organizacji, była jednym z najlepiej strzeżonych miejsc w całej Galaktyce Północnej.
Ttuce szła przez wypełniony strażnikami budynek i zmierzała do wyjścia. Tuż za nią wiernie drepcił Greip. Po obu stronach korytarza znajdowały się gabloty z najróżniejszymi modelami zbroi. Było to swego rodzaju muzeum, prezentujące zarówno najstarsze modele, jak i te najnowsze, dopiero testowane przez Kosmicznych Piratów. Tylko dzięki tej wystawce Ttuce stanęła przed radą w kombinezonie bojowym, jak należy, a nie w ubraniach pożyczonych od Bulmy.
Greip odeskortował Ttuce aż do wyjścia z twierdzy.
- Zostań razem z Ish – poleciła mu tonem nieznającym sprzeciwu. – Załatwcie tę sprawę tak, żeby wszyscy byli zadowoleni i żebyśmy za bardzo na tym nie stracili. Trashianie to płotki, ale nie chcę, żeby ta historia rozniosła się na cały kosmos. Nie potrzebujemy złej reklamy.
- Tak jest, pani kapitan.
Skinąwszy mu głową, Ttuce teleportowała się na Vegetasei, prosto do sali tronowej. Zaraz przywitały ją radosne okrzyki Trunksa i Gotena, i pełne niezadowolenia mruknięcie autorstwa Piccolo. Ttuce rzuciła siedzącemu w kącie Nameczaninowi rozbawione spojrzenie i podeszła do chłopców, którzy z balkonu obserwowali zachód jednego ze słońc nad saiyańską stolicą. Na niebie czerwień walczyła z bielą, tworząc zapierający dech w piersiach pejzaż.
- Jak się czujesz, młody książę? – spytała Trunksa, odgarniając mu grzywkę z oczu.
- Czy to wszystko jest naprawdę moje? – Ttuce skinęła głową, a Trunks zachłysnął się powietrzem i schwycił Gotena za rękę. – Słyszałeś? Prawie jak w Królu Lwie!
- Wszystko co oświetla słońce! – zapiszczał Goten i przewiesił się przez poręcz balkonu, machając nogami w powietrzu. Ttuce z bliżej niezrozumiałego dla siebie powodu zaraz złapała go za krawędź koszulki i przytrzymała, podczas gdy chłopiec kontynuował: – Będziesz królem, Trunks! Jak Simba!
- Będę królem? – Trunks spojrzał na Ttuce z czymś, co przypominało lęk. – Muszę?
- A nie chcesz?
- Sam nie wiem. Bycie księciem jest na pewno fajne, ale… – Przygryzł dolną wargę i wbił wzrok w podłogę. – Król to coś zupełnie innego. Obowiązki, odpowiedzialność, tyle stresu…
Ttuce kucnęła na jedno kolano. Palcem uniosła mu podbródek i spojrzała w oczy.
- Hej. Nie chcesz, to nie będziesz. Vegeta cię do tego nie zmusi. Może być szorstki i wymagający, ale nie jest tyranem. – Uśmiechnęła się do chłopca. – To, że w tym wieku wiesz z czym wiąże się rola króla, zasługuje na pochwałę. Teraz taka wizja przyszłości cię przeraża, ale kiedyś może jeszcze przyjść dzień, że przywitasz ją z otwartymi ramionami. Wtedy Vegeta na pewno będzie obok, by stwierdzić, że jesteś gotów, żeby zająć jego miejsce. A jeśli taki dzień nigdy nie nadejdzie, Vegeta również to zrozumie. Dałeś mu już powód do dumy. Wychował cię na mężnego wojownika i niczego więcej nie potrzebuje. Rozumiesz?
Pacnęła zmieszanego chłopca końcówką ogona w nos. Goten zachichotał i twarz Trunksa wreszcie się rozjaśniła. Piccolo obserwował to z niedowierzaniem. Ttuce uśmiechała się uśmiechem, który nie znał znaczenia zgorzknienia i złości. Uśmiechem, który był w pełni szczery i który rezerwowała wyłącznie dla Trunksa. A może czasem, jak podejrzewał, jeszcze dla Vegety. Ten uśmiech usuwał z twarzy Saiyanki wspomnienia o latach służby u Freezera i pokazywał ją taką, jaką by była, gdyby jej losy potoczyły się odrobinę inaczej i odrobinę szczęśliwiej.
Piccolo poczuł potrzebę, by czasem i jego Ttuce nagrodziła takim uśmiechem.
- Królowo. – Do sali wszedł sędziwy doradca, który poprzednio nie odstępował Vegety na krok. W dłoniach niósł płaskie granatowe pudełko i otworzył je, gdy tylko zbliżył się do Ttuce. – Zleciłem wykonanie księżycowego klejnotu. Jest nieco mniejszy niż ten, który nosił poprzedni król. Chciałem, by pasował do postury obecnego zwierzchnika tronu.
Ttuce uznała, że facet ma szczęście, że Vegeta jest akurat nieobecny. Wzięła medalion do ręki i przyjrzała mu się. Była to niemalże idealna kopia swojego poprzednika. Okrągła turkusowa obudowa chroniła eteryczną srebrzystą kulę, od której rozchodziło się dwanaście promieni, symbolizujących dwanaście galaktyk. Księżyc – największy skarb saiyańskiej rasy. Ten, który dawał im potęgę i pozwalał na transformację. Ttuce przesunęła kciukiem po klejnocie i uśmiechnęła się pod nosem.
- Daj to swojemu ojcu, gdy już go spotkasz. – Wręczyła medalion Trunksowi, wraz ze srebrnym łańcuszkiem, i odprawiła doradcę ruchem ręki. – A tymczasem…
Przed nosem Piccolo pojawiła się sylwetka Kakarotto. Czerwone włosy od razu uruchomiły wszelkie alarmy w jego głowie. Nim zdążył powiedzieć choć słowo, Kakarotto zaatakował. Ttuce dała jeszcze radę odepchnąć obu chłopców od siebie, ale zaraz potem jej ciało wygięło się w łuk od uderzenia i wyleciało przez balkon z sali tronowej.
Ten cios odczuła całą sobą, jeszcze zanim wbiła się w ścianę budynku naprzeciwko, a następnie kilka kolejnych. Kiedy wreszcie się zatrzymała, po środku kompletnego gruzowiska, nie miała nawet czasu na ocenę obrażeń. Kakarotto zmaterializował się przed nią w asyście czerwonej poświaty i diabelskiego spojrzenia. Ttuce odkaszlnęła i wydostała się z zakleszczenia pomiędzy zburzonymi ścianami.
- Słyszałem, że nie dogadujesz się z bogami – przemówił Kakarotto z cwanym uśmiechem, a Ttuce zerknęła na niego z ukosa i zaraz ten uśmiech odwzajemniła, prostując się. Nie miała zamiaru okazać zdumienia jego siłą. Musiała zachować zimną krew i szybko opracować plan działania.
- Dobrze słyszałeś.
- Nie rób sobie wyrzutów. Vegeta też się zdziwił tym, co potrafię.
- Veg… – Oczy Ttuce się powiększyły, a uśmiech zniknął z jej twarzy. W panice zaczęła szukać energii brata w kosmosie. – Ty…
- Tak. Zgadza się. Ja.
Kopniak w lewe ramię wyrwał Ttuce krzyk z ust. Zaraz potem Kakarotto zaatakował ponownie, wbijając kolano w jej brzuch, a pięść w twarz. Nie dał Saiyance czasu na skumulowanie mocy i na przemianę. Nie dał nawet czasu na zebranie myśli i odczucie wagi tego, co spotkało Vegetę. Jego ciosy posypały się na nią gradem, który był niemożliwy do uniknięcia i niemalże śmiercionośny jak deszcz asteroid. Zaledwie po upływie kilku minut Ttuce miała wrażenie, że jej wszystkie organy wewnętrzne uległy rozerwaniu, a kości zamieniły się w proszek. Nie przeprowadziła ani jednego ataku.
- Szybko poszło. Twój braciszek był ciekawszym wyzwaniem. – Kakarotto uniósł ją za gardło do góry, grożąc zmiażdżeniem tchawicy. Jego szkarłatne oczy błyszczały z rozbawienia. – Ale nie martw się. Śmierć z ręki boga nie jest złą śmiercią.
Ttuce z trudem łapała oddech i walczyła, by nie stracić przytomności. Kakarotto uniósł dłoń i przystawił ją do jej zakrwawionej twarzy. Między palcami zaczęła zbierać się energia, formująca kulę i szykująca się do wystrzału. Zanim jednak do tego doszło, Kakarotto został oślepiony falą białego jak śnieg światła. Z syknięciem osłonił ramieniem oczy, a gdy mógł już ich na powrót używać odkrył, że jego dłoń zaciska się na powietrzu.
Piccolo wylądował na deptaku, w sporej odległości od zniszczonego budynku i z Ttuce bezpiecznie skuloną w ramionach. Ułożył ją na ziemi. Nie wiedział jeszcze co się dzieje i co posiadło ciało Goku, ale wiedział, że Ttuce doskonale orientuje się w zaistniałej sytuacji. Coś ty znowu najlepszego zrobiła?, pomyślał, palcem sprawdzając jej tętno. Saiyanie, którzy byli świadkami tego zdarzenia, w przeciwieństwie do ludzkiej rasy mieli na tyle zdrowego rozsądku, by się nie zbliżać i jedynie z ukrycia obserwować rozwój wydarzeń. Kakarotto wydostał się z ruin budynku, a Piccolo w międzyczasie poklepał Ttuce po policzku.
- No dalej, ocknij się, dziewczyno!
- Kradniesz techniki Tien Shinhana, Piccolo? Nie masz własnych? – Kakarotto stanął za jego plecami.
Ttuce wreszcie odzyskała przytomność i poderwała się do siadu, odpychając Nameczanina od siebie.
- Gdzie z łapami! – warknęła i wierzchem dłoni starła krew z ust.
- Masz wybite ramię z barku, wariatko, weź to! – Piccolo podsunął jej Senzu, ale Ttuce prychnęła i natychmiast odtrąciła jego dłoń, pozwalając by fasolka wylądowała na ziemi.
- Nie potrzebuję waszych żałosnych ziemskich sposobów. Jestem Saiyanką i radzę sobie sama!
Podźwignęła się na nogi, a Kakarotto wybuchnął śmiechem. Ttuce obnażyła zęby. Do uszu wszystkich zgromadzonych doleciało nieprzyjemne gruchnięcie, gdy silnym szarpnięciem sama nastawiła sobie rękę. Nie zachwiała się ani nie skrzywiła, nie zdradzając rozsadzającego jej ciało bólu.
- Więcej w tobie Vegety niż w Vegecie – wymruczał Kakarotto, mrużąc oczy. – Doskonale, może ten pojedynek nie jest jeszcze całkiem stracony.
- Dla ciebie jest – syknęła, sięgając do boku i przytwierdzonej do zbroi fioletowej sakiewki. Rozwiązała ją jednym ruchem i wsunęła dłoń do środka. – Powiedz mi, Kakarotto. Stawiał ci ktoś kiedyś tarota?
- Naprawdę zamierzasz tego na mnie użyć? Chyba rzeczywiście śpieszy ci się na spotkanie śmierci. – Uśmiech Kakarotto był niczym ostrze noża. – Założę się, że nie powiedziałaś Vegecie o cenie jaką zapłacisz za wasz mały eksperyment.
- Wtedy zepsułabym mu całą zabawę. – Ttuce zmarszczyła brwi i pochyliła się, szykując do ataku. – A teraz ty nie psuj mojej i zdychaj wreszcie!
- Jeszcze tylko jedna uwaga, zanim zaczniemy. – Kakarotto doskonale się bawił. – Nie chciałabyś się dowiedzieć, kto zabił Raditza?

Zmiana pracy, przeprowadzka do innego miasta, tłumaczenia, sprawdzanie cudzych prac magisterskich, życie, ale rozdział musi być! Jeśli ktoś się zastanawia czy czasem sypiam, to odpowiedź brzmi: tak, czasem.


12 komentarzy:

  1. osz Ty mendo! MAsz nowość a ja nie wiem jeszcze? :D Ale, żeby nie było ja też mam, ale na pewno nie taki jak Ty :D hue

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana Nocebo!
    Urwać w takim momencie!? Ja się dopiero rozkręcałam :D
    W każdym bądź razie niecodzienny "widok" jeśli chodzi o zawiłą relację między T a R. Doprawdy widziałam w nim Goku! ;) Tam mi się zdaję, że byliby podobni, jeśli chodzi o dobroć, wszak Raditz nie był okrutnym, bezlitosnym tyranem. Chciał tylko za wszelką cenę odzyskać brata - jedyną najbliższą mu osobę, której nie miał sposobności poznać. Niestety Goku nie chciał przystać, a ten desperacko urzył małego Gohana by go w jakiś sposób przekonać. Niestety zginął z ręki Goku i Piccolo. I niech Kakarotto nie zwala całej winy na Szatana!!
    Rozmowa Ttuce z Trunksem była urokliwa, taka naturalna i pozbawiona wszelkiego zła, cud malina! Ale jak to? To Saiyanka oglądała "Króla Lwa"? To Freezer puszczał jej bajki? :D Ale ten tekst o niebie, i królestwie w promieni słońca... Ach, te dzieciństwo!
    Ogólnie opisy piękne, walka cudowna. Wszystko na swoim miejscu, oby tak dalej!
    Buziaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ahahhhaah.z tym portfelem to taka historia, że jak poprawiałąm wyraz musiałam go usunąć xD miało być tak: "że jest obserwowany przez swoich zasilaczy portfela i powstał" xD
      Dziękuję Ci pięknie za miłe słowa, że banalna notka nic szczególnie nie wnosząca, niemal kanoniczna jednak wpadła w oczko :D Toż to perełki DB ;) Starałam się jak mogłam i napisałam to w przeciągu hmm... 4 godzin? Jak na mnie mało, zważywszy na moje odstępy czasowe poprzednich odcinków. Z drugiej strony dziś miałam wolne (w sumie mam 22 jeszcze nie nadeszła) więc i znalazłam czas i chęci na napisanie, choć nie twierdziłam, że dziś skończę xD
      Błędy? Gdzieś jakiś widziałam, ale już nie wiem gdzie :D Mało istotny

      Usuń
    2. GoddamnitNappa! Będę ich jeszcze jutro szukać, na świeżo. :D

      Usuń
  3. No no. Super Saiyan God, dobrze że to nie ten z niebieskimi włosami, bo nie byłoby zbyt wesoło. No cóż, Raditz i Ttuce, mogli by pasować do siebie, naprawdę ale widać on chciał czegoś więcej, małych małpeczek z księżniczką <3. No, muszę się doczekać aż wreszcie zobaczymy tego złego Makaioshina, który potrafi namieszać w głowie saiyan :D
    Pozdrawiam i czekam na dalsze rozdziały
    Kenzuran Blade Rivere

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze troszeczkę poczekasz na tego głównego złego. x)

      Usuń
  4. W takim momencie skonczyc rozdzial?! Jak moglas :p rozdzial boski i Vegeta bidulek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyżywam się na chłopaku ostatnio strasznie! Jestem zła, zła i okrutna. :D

      Usuń
  5. Rozdział jak zwykle świetny! ;) A te relacje pomiędzy T+R... miodzio! Aż znów mam niedosyt co do tych retrospekcji. Żądam jeszcze więcej! :P
    Ach, ten Kakarotto...istny skurczybyk! Po prostu nienawidzę gnoja! Mam nadzieję, że chociaż Ttuce go pokona, bo ten, kto opętał Goku chyba dawno nie dostał wciry. x)
    Pozdrawiam,
    G.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Ok, możesz mnie powiadamiać o rozdziałach. ;) Jeśli zechcesz odwdzięczę się tym samym. ;)

      Usuń
  6. Niestety nie miałam nigdy okazji przeczytać takiego opowiadania, kiedyś nawet szukałam i skoro nie było, to uznałam, że warto u siebie zrobić ;). Co do tytułu, specjalnie jest właśnie taki w stylu DB, podobnie jak odcinki w anime czy tytuły tomików, chociażby „Legendarny Super-Saiyanin” czy „Narodziny nowego superbohatera” ;). Myślę, że ciekawie jest czytać ten odcinek na oba sposoby: nie wiedząc, dlaczego Vegeta tak się zachowuje i będąc tym zdziwionym lub wiedząc i śmiejąc się z Trunksa, który jest w szoku :D. Fakt domyślenia bardzo Ci przeszkadzał?

    Bulma nigdy nie miała traumy, w końcu przygoda na Ziemi czy Nameck z morderczym Vegetą nie nauczyła jej, aby trzymać się z daleka od tego Saiyanina, podobnie jak wszelkie złe spotkania z potworami nie poskromiły chęci do przylecenia na wyspę w celu zobaczenia cyborgów.

    Co do wyzwania, nie sądzę, aby było aż tak znaczące, w końcu Vegeta jest przeczulony na punkcie męskości, więc już sama reakcja na damskie ciało była wystarczająco przerażająca.


    Też nie przepadam za Brą, ale lubię ją już bardziej w moim opowiadaniu (plus jej relacje z Vegetą) niż w GT, kiedy robiła z księciem, co tylko chciała. Tak, starałam się dostosować styl do małej bohaterki, trochę bajkowy sposób przedstawiania sytuacji lepiej oddaje atmosferę.

    Co do nadużywania przymiotników i przysłówków, nie zauważyłam, aby było ich aż tak dużo. Nawet w samym opisie kuchni są tylko kolory. No i bez tego tekst straciłby swoją wymowę, przestałby oddziaływać na wyobraźnię. Nie wiem, w jaki sposób piszesz, czytałam tylko jeden rozdział pobieżnie, więc w sumie tego nie liczę [może jak znajdę więcej czasu, to poczytam (zawsze komentuję, jeśli już czytam od deski do deski)], ale przejrzystość tekstu nie zawsze jest zaletą, bo nie pozwala na wczucie się w akcję. Kiedy jesteśmy narratorem, opisy czy też słowa wypowiadane konkretnym tonem, mamy we własnej głowie, tworząc nie zawsze zastanawiamy się, czy ktoś odbierze dany tekst tak, jak my. Dlatego uważam, że zaznaczanie tego jest istotne. A jeśli chodzi o Stephena Kinga, to u niego nie zawsze można było wczuć się w każdy dialog, poza tym owszem, rzadko podkreślał w jaki sposób ktoś coś powiedział, ale prawie po każdym rozpoczętym od myślnika zdaniu pisał „stwierdził”, „powiedział”, „oznajmił” itp. Masz za to całkowitą rację odnośnie zamieniania tych „oznajmień” (itd.) na oderwane czynności, widocznie nie zawsze o tym pamiętam ;).

    Wymienianie po przecinku – tutaj czasami racja, tylko gdzie wymieniałam tak, że przez to tekst tracił? Czasami jedno słowo nie wystarczy, chociażby teksty „Vegety” do Bry w nagraniach, które były miłe i zarazem wesołe, a to nie jest to samo. Podobnie opis awantury „długa” i jednocześnie „ostra”, a to nie to samo i warto podkreślić intensywność, jak i długość.

    Co do neutralnego tonu Bulmy, chodziło o pokazanie, że wcześniej, używając głosu Vegety, modulowała go tak, aby brzmiał miło i zupełnie inaczej, zaś później przestała i powiedziała tak, jakby był to Vegeta.

    Okazało się, że przekroczyłam limit znaków, muszę dodać komentarz w dwóch częściach -.-

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  7. c.d.

    Niebieskowłosa jest od zawsze, nigdy nie zniknie :). Wiąże się z tym sentymentalna historia, trwa już od prawie 8 lat, to już w pewnym sensie jej ksywka dla narratora, wyjaśniałam to gdzieś na początku ;). Podobnie jak inne słówka, które czasami tworzę, np. „zzielenić”, to chyba taki wpływ czytania poezji, ale zdarza się rzadko, co rok czy dwa lata, także nie ma powodu do obaw ;). A co do niebieskookich czy zielonookich – to są normalne określenia na kogoś, kto ma taki kolor oczu, podobnie brązowowłosa, nie ma nic złego czy błędnego w takich określeniach :). Jedynie „Niebieskowłosa” nie istnieje w słownikach, bo ludzie nie mają takiego koloru włosów, a w DB uznajemy go oczywiście za naturalny, tak jak fioletowy. Dlatego można określać postacie w ten sposób. Powinno być oczywiście z małej, ale u mnie to odpowiednik Bulmy, swoista ksywka nadana przez narratora, pisałam o tym w jednej z notek ;).

    Racja, „wojownikiem”, nie wiem jak można zrobić taki błąd, już poprawiam, dziękuję za wskazanie ;). Trzeba czytać całość przed opublikowaniem, ech.

    To prawda, trochę dziwnie wygląda to zdanie, poprawiłam ;).

    Do akcji jeszcze trochę daleko, chociaż mam napisany początek :). Dziękuję za porządny komentarz, za wymienianie błędów i szczerą opinię, nawet nie wiesz, ile jest warta :).

    Pozdrawiam,
    Sylwek

    P.S. A jednak nie muszę już zaznaczać jedzenia :)

    OdpowiedzUsuń